Europejski konsensus – brytyjskim fiaskiem

Michał Oleksiejuk

Pomimo upływu czasu nie milkną echa politycznego kryzysu w Wielkiej Brytanii, który trwa już nieprzerwanie od połowy listopada, czyli od czasu gdy negocjatorzy z Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii podpisali się pod wspólną propozycją umowy o warunkach wyjścia Królestwa z UE.

Dokument zamykający fazę negocjacji pomiędzy Wspólnotą i Zjednoczonym Królestwem był podsumowaniem wielomiesięcznych negocjacji dokładnych warunków brexitu. Planowano ratyfikować go jeszcze przed końcem 2018 roku, tak aby zdążyć przed oficjalną datą „rozwodu”, czyli 29 marca 2019.

Zanim jednak Wielka Brytania ostatecznie podpisze się pod tym dokumentem, niezbędna jest akceptacja przez parlamentarzystów Izby Gmin. Krok, który jeszcze kilka miesięcy temu uważany był za problem do rozwiązania, okazał się przyczynkiem do przypuszczeń, że nawet pomimo chęci i licznych prób obu negocjujących stron, wyjście Brytyjczyków z Unii odbędzie się na zasadach „no-deal”, czyli bez podpisania jakiejkolwiek umowy, a nawet bez okresu przejściowego. To skutkować może swoistym paraliżem systemu podróży oraz wymiany towarów z racji wygaśnięcia wspólnych umów i certyfikatów w nocy z 29 na 30 marca 2019.

Pomimo tej niezbyt optymistycznej wizji, propozycja umowy dotyczącej brexitu spotkała się z niezwykle negatywnym odzewem wśród brytyjskich polityków. Najpierw z rządu premier Theresy May na znak protestu odeszło aż 9 pracowników. Następnie opozycyjna Partia Laburzystów pod przewodnictwem Jeremiego Corbyna niemal od razu poinformowała, że w przypadku głosowania nad propozycją w House of Commons, premier May nie może liczyć na wsparcie. Biorąc pod uwagę odmienne wizje dotyczące brexitu pomiędzy tymi dwiema największymi partiami politycznymi, deklaracja ta nie była dużym zaskoczeniem i nie oznaczała automatycznego upadku propozycji brytyjskiej premier z uwagi na większość parlamentarną utrzymywaną przez Partię Konserwatywną, będącą w koalicji z Irlandzką Partią Demokratycznych Unionistów.

Jak się jednak okazało kilka dni później, największy cios dla „planu rozwodowego” został wymierzony Theresie May nie przez opozycję a jej własną Partię Konserwatywną. Już od czasu wyników referendum w czerwcu 2016 roku i decyzji większości Brytyjczyków by jednak opuścić UE, w partii powstał rozłam, którego nie udało się konserwatystom zażegnać do dnia dzisiejszego. „Kością niezgody” w szeregach członków partii rządzącej pozostaje kwestia kształtu przyszłych relacji Królestwa z Unią. Większa część członków Partii Konserwatywnej opowiada się za „miękkim brexitem”, czyli podpisaniem umowy wyjściowej, dzięki której wprowadzony zostanie okres przejściowy, powalający na spokojne przejście z legislacji europejskiej na brytyjską. Drugą grupę Torysów stanowią osoby pod przewodnictwem Jacoba Rees-Mogga, który jest zwolennikiem jak najdalej idącego rozwodu z Unią Europejską, poprzez wspieranie tak zwanego „twardego Brexitu”, czyli nie podpisywania jakiejkolwiek umowy i pełne uniezależnienie się od Wspólnoty o północy 29 marca 2019 roku.

To właśnie ta najbardziej skrajna probrexitowa grupa odwróciła się od premier May, nie tylko otwarcie deklarując brak poparcia dla jej porozumienia, ale także rozpoczynając kampanię na rzecz przeprowadzenia wewnątrz-partyjnego wotum nieufności dla jej przywództwa. Choć jak do tej pory nie udało się zebrać wystarczającej liczby głosów aby takie głosowanie przeprowadzić, to nie zmieniło to krytycznego podejścia wielu parlamentarzystów do proponowanego brexitowego porozumienia z Unią. Co więcej, podczas cotygodniowej sesji pytań do premier, okazało się, że istnieje też znacząca grupa Torysów popierających podpisanie umowy z UE, ale którzy zdecydowanie sprzeciwili się propozycjom Theresy May. Gdy jasnym stało się, że szanse na akceptację wynegocjowanej umowy rozwodowej w grudniowym głosowaniu są bardzo niewielkie, swój sprzeciw przeciwko ustaleniom dotyczących rozwiązania kwestii granicy pomiędzy Irlandią Północną a Republiką Irlandii zgłosiła koalicyjna partia Demokratycznych Unionistów, informując premier May, że ich 10 parlamentarzystów również zagłosuje przeciwko jej ustaleniom.

Chociaż wszyscy przeciwnicy planu Theresy May mają wspólną „kość niezgody” to interesującym jest fakt, że każdy nie popiera jej z zupełnie różnych powodów. Torysi pod przewodnictwem Jacoba Rees-Mogga uważają, że propozycje premier nie zapewniają wystarczającej separacji od Unii. Konserwatyści chcący „miękkiego brexitu” odrzucają je, podobnie jak koalicyjny DUP z powodu proponowanego statusu Irlandii Północnej i planów, aby pozostała ona w Europejskim Wspólnym Rynku. Partie opozycyjne odrzucają ugodę z powodów jej zbyt wielkiej ogólnikowości i możliwości przedłużania okresu przejściowego do 2022 roku, co uważają za de facto opóźnianie brexitu.

Sumaryczny sprzeciw największych partii opozycyjnych wraz z dużą grupą Torysów oraz koalicjantów z DUP oznacza, że propozycja umowy pomiędzy Wielką Brytanią i Unią Europejską najpewniej nie zostanie zaakceptowana przez Izbę Gmin. Oznacza to, że z każdym dniem Wielka Brytania chyli się ku opcji „no-deal” brexit, czyli wyjściu z UE bez żadnej umowy oraz okresu przejściowego. Ratunkiem dla planu Theresy May może być wznowienie negocjacji i re-negocjacja ustalonych już propozycji, jednakże wydaje się to być opcją mało prawdopodobną z uwagi na krótki czas pozostały przed ostateczną datą wejścia w życie umowy oraz niechęci państw Wspólnoty. W samej Wielkiej Brytanii coraz częściej mówi się o możliwości ponownego referendum, w przypadku gdyby brexit miał odbyć się na zasadach „twardych”. Europejski szczyt 25 Listopada jaki i najbliższe tygodnie powinny dać ostateczną odpowiedź co do przyszłości relacji Wielka Brytania – Unia Europejska, skutecznie weryfikując zdolność zarówno brytyjskich jak i europejskich polityków do kompromisów w czasie nadciągającego kryzysu.