Co z tym euro?

Niedawno najbardziej wpływowi polscy politycy wywołali temat euro. Premier Mateusz Morawiecki i prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedzieli, że dopóki Polacy nie zaczną zarabiać tak jak Niemcy, nie może być mowy o wchodzeniu do strefy euro. Tymczasem w tym roku przypada okrągła, dwudziesta rocznica wprowadzenia tej waluty (1999-2019).

Wspólna waluta początkowo zjednoczyła europejskich przywódców, którzy witali z radością nową erę ściślejszej integracji, łatwiejszego handlu i szybszego wzrostu, wierząc, że budują środek płatniczy zdolny rywalizować z dolarem. Potem, gdy nadszedł kryzys zadłużeniowy, tzw. sovereign debt crisis, euro zaczęło dzielić. Pojawiły się porównania zamożnej i pracowitej Północy z biednym i leniwym Południem. Dla jednych gospodarek euro jest zbyt silne, dla innych, zwłaszcza niemieckiej, zbyt słabe, czego konsekwencją jest nierównowaga handlowa.

Przypomnijmy, jakie są kryteria konwergencji, czyli warunki, które trzeba spełnić, by ubiegać się o wejście do strefy euro (art. 140 ust. 1 Traktatu z Maastricht).

  1. Stabilne ceny

Stopa inflacji może najwyżej o 1,5 punktu procentowego przekraczać inflację 3 najstabilniejszych cenowo państw członkowskich.

  1. Długotrwała równowaga finansów publicznych

Deficyt publiczny może wynosić najwyżej 3% PKB. Dług publiczny może wynosić najwyżej 60% PKB.

  1. Stabilny kurs walutowy

Zainteresowane państwo musi od co najmniej 2 lat uczestniczyć w mechanizmie walutowym (ERM II). W tym czasie jego waluta nie może wykazywać silnych wahań względem centralnego parytetu ERM II, a sam parytet nie może być obniżany względem euro.

  1. Stabilne długoterminowe stopy procentowe   

Długoterminowe stopy procentowe mogą najwyżej o 2 punkty procentowe przekraczać stopy 3 najstabilniejszych pod tym względem państw członkowskich.

Założenie było takie, że jeśli któryś kraj naruszyłby powyższe zobowiązania, to Komisja Europejska powinna go ukarać. Tymczasem do 2010 roku Bruksela tolerowała ponad 160 przypadków pogwałcenia kryteriów konwergencji! W maju tego roku, gdy Angela Merkel postanowiła ratować Grecję, była pod przemożnym wpływem Francji. Wszyscy, którzy nalegali na oddłużenie Grecji, byli bowiem obywatelami Francji: prezydent Nicolas Sarkozy, minister finansów Christine Lagarde, prezes EBC Jean-Claude Trichet, dyrektor zarządzający MFW Dominique Strauss-Kahn. Podobno Sarkozy zaszantażował wręcz kanclerz Merkel: „Jeśli nie uratujecie Grecji, my wrócimy do franka”. Nic w tym dziwnego, bo największymi posiadaczami greckich obligacji rządowych są francuskie banki.

Problem z euro polega na tym, że stawia kraje różniące się poziomem konkurencyjności, kulturą i historią wobec jednego punktu odniesienia. Dla jednych gospodarek euro jest zbyt silne, dla innych, zwłaszcza niemieckiej, zbyt słabe, czego konsekwencją jest nierównowaga handlowa. Kraje strefy euro były kiedyś w stanie konkurować walutą. Zamiast pieniądza, którego wartość świadczy o stanie gospodarki danego kraju, mamy wirtualną walutę, która nie odzwierciedla sytuacji w żadnym kraju. Jedynym organem uprawnionym do regulacji kursu jest EBC. Unia monetarna z założenia wyklucza bowiem prowadzenie przez poszczególne państwa członkowskie niezależnych polityk pieniężnych i sterowanie kursami walutowymi. Tymczasem polityka finansowa, zarówno w przededniu kryzysu, jak i w jego trakcie, była obarczona błędami: polityka monetarna (domena EBC) była zbyt restrykcyjna, a polityka fiskalna (leżąca w gestii państw członkowskich) zbyt ekspansywna w czasie, gdy rynek był spragniony pieniędzy.

Jak zwraca uwagę Stefan Kawalec, wiceminister finansów w latach 1991-94 i współautor książki „Paradoks euro”, paradoksem, a zarazem pułapką członkostwa w strefie euro jest to, że kraj w kryzysie, który rozpaczliwie potrzebuje własnej waluty, nie może bezpiecznie zrezygnować z euro, ponieważ groziłoby to wybuchem paniki bankowej i zapaścią gospodarczą. Gdyby kraj strefy euro dotknięty kryzysem ogłosił powrót do waluty narodowej, ludzie zaczęliby szturmować banki, aby wycofać swoje depozyty i dostać do ręki gotówkę w euro zanim zostanie przeliczona na nową walutę. Obawialiby się bowiem, że nowa waluta bardzo szybko osłabnie w stosunku do euro. W związku z tym część ekonomistów rozczarowanych euro postuluje kontrolowany demontaż Eurolandu, przy czym, aby uniknąć scenariusza szturmu na banki, to Niemcy powinny być pierwszym wychodzącym. Rozwiązanie strefy euro pozwoliłoby, ich zdaniem, wydźwignąć się gospodarczo krajom Południa, które mogłyby sterować kursem swoich walut i dzięki temu odzyskać utraconą konkurencyjność. Jest to tym istotniejsze, że Niemcy od dłuższego czasu utrzymują niebotycznie wysoką (8% PKB) nadwyżkę w handlu zagranicznym, ponieważ dzięki słabemu (jak na gospodarkę RFN) euro, ich towary eksportowe wygrywają z greckimi czy włoskimi pod względem konkurencyjności. Skutek: zadłużone i zmuszone do zaciskania pasa kraje Południa nie mają szans na odbicie. Skoro jednak w Niemczech nikt poważnie nie rozważa nawet likwidacji strefy euro, a bez Niemiec nikt, choćby stworzyła się koalicja, nie podejmie takiej decyzji.

W grudniu 2018 roku członkowie Eurolandu podjęli decyzję o utworzeniu budżetu strefy euro, który ma służyć stabilizowaniu wspólnej waluty w razie zawirowań gospodarczych. Francuski prezydent Emmanuel Macron forsował ten pomysł od czasu objęcia urzędu. Niektórzy twierdzą jednak, że zaprzecza on idei solidarności Unii Europejskiej ze względu na to, że pomija kraje spoza strefy euro. Francja ma wysoki dług i deficyt budżetowy, więc wspólny budżet może wydawać się dla niej rozwiązaniem. W istocie wspólna waluta, dzięki której François Mitterrand zamierzał wzmocnić pozycję Francji wobec Niemiec, przyniosła odwrotny skutek. Pozycja gospodarcza i polityczna Francji uległa znacznemu osłabieniu, co przekłada się na wzrost poparcia dla ugrupowań antyeuropejskich.

Zdaniem Marcina Piątkowskiego, ekonomisty z Banku Światowego i autora książki „Europe’s Growth Champion”, nie jest jednak prawdą, że euro osłabiło Europę: „W ciągu ostatnich 30 lat, które obejmują okres przed i po wprowadzeniu euro, PKB per capita w Unii Europejskiej rósł dokładnie w takim samym tempie jak w Stanach Zjednoczonych. Pamiętajmy, że euro nie jest winne wielu problemom, z którymi je utożsamiamy. Problemy te są konsekwencją polityki wdrażanej w czasie kryzysu, a nie euro jako takiego. Skoro mamy już euro, to niech tak zostanie. Świat potrzebuje euro. Bez niego w przyszłości będziemy mieli tylko dwie waluty. Będą to chiński juan i amerykański dolar. A te dwa kraje prawdopodobnie będą w stałym konflikcie przez dziesięciolecia. Czy chcemy żyć w świecie, w którym jest dwóch strategicznych konkurentów i ich dwie dominujące waluty?”

Z drugiej strony trudno nie dostrzec, że euro nie spełniło obietnicy dobrobytu dla wszystkich. Przyniosło rozwój i podniosło stopę życiową wysoko wykwalifikowanym pracownikom i elitom, ale nie zwykłym ludziom. Średnie wynagrodzenie brutto we Francji wynosi blisko 3 000 euro, ale w strefie euro jest także Portugalia ze średnią pensją w wysokości 1 154 euro, która jest obecnie niższa niż w Polsce, gdzie w przeliczeniu średnio zarabia się 1 225 euro. Dla porównania na Słowacji, która w odróżnieniu od Polski wprowadziła euro, średni dochód wynosi zaledwie 1 162 euro. Dlatego Polsce do euro niespieszno…