Wybory amerykańskie w rumuńskich mediach i środowiskach opiniotwórczych


18.11.2016 – Marek Marszałek

Kampania prezydencka w USA oraz późniejsze nieoczekiwane zwycięstwo Donalda Trumpa przez wiele tygodni zajmowała rumuńską debatę publiczną w równym, a może i większym nawet stopniu niż zbliżające się wybory parlamentarne w samej Rumunii. I nie ma się co dziwić. Rumunia, podobnie jak znakomita większość krajów Europy Środkowej postawiła na strategiczne partnerstwo z USA. Rumuni patrzą widzą Amerykę jako głównego gwaranta bezpieczeństwa w regionie, stąd i wzmożony niepokój rumuńskich elit, czy przyszły prezydent USA nie wycofa się z ustaleń przyjętych w trakcie ostatniego Szczytu NATO w Warszawie. Oczywiście, większość komentatorów stawiała na Clinton, jako na kandydatkę przewidywalną i posługującą się retoryką antyputinowską, zaś wystąpienia Trumpa przyjmowano jako wstęp do dialogu amerykańsko-rosyjskiego, który odbyć się miał bez udziału i kosztem mniejszych państw, w tym Rumunii. Wybór Trumpa straszył widmem nowej Jałty.

Naturalną rzeczą więc było to, że wynik wyborów wzbudził spore zamieszanie w kręgach specjalistów i komentatorów politycznych. Rumuńska prasa rezonowała w tamtym okresie hasłami powtarzanymi w głównej mierze przez zachodnie agencje. Najpierw niedowierzanie, instynktowny opór, a następnie akceptacja i próba ujarzmienia rzeczywistości – choć faktem jest, że nawet dzisiaj nie wiadomo, jakiej rzeczywistości można się po Trumpie tak naprawdę spodziewać.

Kwestia bezpieczeństwa geopolitycznego to sprawa numer jeden w lokalnych mediach. Najważniejsze serwisy informacyjne i dzienniki próbują odpowiedzieć na pytanie, czy Ameryka będzie broniła Rumunii przed Rosją?

Jeśli chodzi o deklaracje przedwyborcze, to w przeciwieństwie do wielu europejskich polityków otwarcie deklarujących swoje sympatie i antypatie, rumuńscy politycy zachowywali raczej powściągliwość. Niepisaną zasadą dyplomacji rumuńskiej na przestrzeni wieków jest powiedzenie: „pochylonej głowy miecz nie zetnie”.

Były ambasador Rumunii w USA i były marszałek Senatu, Mircea Geoana, zauważył, że sygnał, jaki wysłało społeczeństwo amerykańskie swoim przywódcom oznaczające odrzucenie skorumpowanej klasy politycznej oraz elity finansowej i korporacyjnej, która nie potrafi, albo nie chce znaleźć środków na zmniejszenie polaryzacji społeczeństwa oraz wyrównania szans, może odnosić się także do samej Rumunii. Były polityk wyraża również przekonanie, że administracja rumuńska będzie potrafiła współpracować z nowym amerykańskim prezydentem.

Ruch antyestablishmentowy w Rumunii jest jednak na tyle słaby, że to, co wydarzyło się w Ameryce nie przełoży się w żaden sposób na rumuńskie wybory parlamentarne. Nie ma tu rumuńskiego Trumpa, a pierwsze skrzypce grają partie i ludzie od wielu lat kierujący krajem.

Podobnie jak i inni światowi przywódcy, prezydent Iohannis pospieszył z gratulacjami. Elity rumuńskie oswajają się z sytuacją i skupiają na grudniowych wyborach parlamentarnych.