Winston Churchill, Brexit i świat po koronawirusie

Dr Grzegorz M. Malinowski, Sądeczanin, doktor nauk ekonomicznych, filozof. Wykładowca na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie

Niedawno obchodziliśmy kolejną rocznicę wielkiego zwycięstwa, jakie zjednoczony świat odniósł w 1945 roku nad hitlerowskimi Niemcami. Jest to rocznica niezwykła, i to nie tylko dlatego, że jest okrągła, ale dlatego, że przypada w czasie, który dla niemal całego świata jest wyjątkowy. Można by rzec patetycznie, że świętujemy zwycięstwo nad wirusem nazizmu w okresie intensywnych zmagań z koronawirusem.

Wprawdzie te dwa wydarzenia nie są z sobą w ogóle powiązane, ale wydaje się, że można je spróbować połączyć pewną refleksją.

Zacznijmy od brytyjskiego kontekstu II wojny światowej. Wraz z agresją armii Hitlera na Polskę, Niemcy znalazły się w stanie wojny z krajami Europy Zachodniej. Wśród nich znajdowało się także imperium brytyjskie. Wielka Brytania nie była dobrze przygotowana do tej wojny, ale nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidywała tego, że już w połowie czerwca 1940 roku, przyjedzie jej toczyć bój w zupełnej samotności. Widmo bardzo prawdopodobnej klęski panoszyło się po ulicach Londynu i przenikało do głów brytyjskich decydentów. Dotychczasowy premier N. Chamberlain – okazał się niewłaściwym człowiekiem na czas wojny, a jego miejsce zajął świetnie nadający się do tej roli – Winston Churchill. Ten, w swoim słynnym przemówieniu zagrzewał kraj do walki z wrogiem, i zapewniał, że jedynym celem jest ostateczne zwycięstwo. Stawiał jednak sprawę jasno: ceną zwycięstwa będzie krew, znój, pot i łzy.

Te fakty są powszechnie znane. Mniej popularne są jednak kulisy rządów „brytyjskiego buldoga”.  Kiedy Europa kontynentalna stawiała ostatni opór inwazji wojsk niemieckich, część elit brytyjskich za pośrednictwem i niejako z inicjatywy Mussoliniego – próbowała się „dogadać” z najeźdźcą. Churchill od początku był przeciwny takim pomysłom, ponieważ uważał, że niepodjęcie walki z Hitlerem, w sytuacji dominacji jego wojsk w Europie postawi Wielką Brytanię w skrajnie niekorzystnej pozycji negocjacyjnej, a wynikiem takich pertraktacji może być tylko upokarzające, i prawdopodobnie krótkotrwałe wstrzymanie działań wojennych.

Rozwodzenie się nad szczegółami historycznymi tamtych czasów nie jest jednak celem niniejszego tekstu. Pragnę tylko podkreślić fakt, że pozycja Churchilla wcale nie była tak mocna, ponieważ jego oponenci (zwolennicy pertraktacji) mieli bardzo mocne wsparcie ze strony….biznesu. To bowiem brytyjski biznes mocno lobbował za tym, żeby za wszelką cenę oddalić perspektywę wojny, która w sposób oczywisty – nie sprzyja załatwianiu interesów. Można powiedzieć, że brytyjscy przedsiębiorcy robili wszystko w celu uświadomienia premierowi, że za jego zawołaniem „zwycięstwo za wszelką cenę” – kryje się naprawdę wysoka cena, tak wysoka, że nie warto jej płacić.

Wydaje się, że  w tamtych dniach Churchill znalazł się w podobnej sytuacji, co XIII wieczni władcy miast stojących na drodze pochodowi zabójczo skutecznej armii  Czyngis – Chana. Dawano im wówczas piekielnie trudny wybór: poddać się bez walki, i tym samym zagwarantować miastu dalsze, niezakłócone trwanie, podobny poziom opodatkowania (choć gdzie indziej adresowanego), a być może nawet – szybszy rozwój ekonomiczny wynikający z włączenia miasta w krwiobieg gospodarczy przepastnego imperium. Alternatywnie: stawić czynny opór, ale związany był on z widmem rzezi, rabunku i pożogi, a dla samych przywódców oporu już przygotowywany był roztopiony metal, który miał wypełnić ich wnętrzności. To nie był wcale łatwy wybór.

Churchill jednak się nie zawahał. Podjął walkę, i przez to dziś wspomina się go jako jednego z największych bohaterów Wielkiej Brytanii oraz II wojny światowej. A więc w 1940 roku biznes ucierpiał, ale historia przyznała rację Churchillowi.

Wróćmy jednak do naszych czasów. Mamy rok 2020. Wielka Brytania opuszcza UE. Zazwyczaj ekonomiści różnią się między sobą i bardzo trudno o naukowy konsensus w tej dyscyplinie. W przypadku Brexitu jest jednak inaczej. Praktycznie wszyscy uważają, że Brexit to czysta głupota. Spotkałem się nawet z ciekawym określeniem, że Brexit to „przepis na frajerstwo”.

Nie chcę podważać argumentacji kryjącej się za tym jednoznacznym stanowiskiem. Pragnę jednak zwrócić uwagę na fakt, że ma ona wyłącznie charakter ekonomiczny. Nie dopuszcza do głosu żadnych innych argumentów. Innymi słowy – jeśli ktoś chce rozmawiać o Brexicie,  musi to robić z kalkulatorem w ręce. Rachunek zysków i strat jest kryterium sensu.

Inne argumenty jednak istnieją. Bardzo zwięźle wyraził niektóre z nich niedawno zmarły filozof – Roger Scruton. Jego zdaniem Brexit ma sens z trzech powodów.

Po pierwsze brytyjski system prawny bardzo różni się od kontynentalnego. Kraje, którym narzucony został swego czasu Kodeks Napoleona, gdzie tradycja prawnicza jest bardzo mocno związana z prawem rzymskim, szczególnie w aspekcie silnego opierania się na tak zwanej „literze prawa” – przyzwyczajone są do tego, że stanowienie prawa ma charakter odgórny. Z kolei tradycja common law, z jej bardzo mocnym przywiązaniem do prawa precedensowego, w praktyce oznacza, że stanowienie prawa jest procesem oddolnym. Z tego punktu widzenia należy zauważyć, że podejmowanie istotnych decyzji na najwyższych szczeblach UE przybiera formę dyrektyw, traktatów i dekretów, a zatem kompletnie nie przystaje do podejścia brytyjskiego.

Po drugie Wielka Brytania jest jedynym krajem europejskim, które nigdy nie zostało podbite przez obce mocarstwo. W konsekwencji kraj ten nigdy w swojej historii nie doświadczył narzucania woli innego państwa, czy innego władcy. Z przekąsem można dodać, że niegdyś nawet papiestwo zostało tam pozbawione możliwości sprawowania władzy pasterskiej. Nie powinien więc dziwić opór, z jakim Wielka Brytania przyjmowała instrukcje uchwalane w Brukseli.

Po trzecie język angielski jest najpopularniejszym językiem na świecie. Z tego względu to Wielka Brytania, a nie na przykład Niemcy staje się najchętniej wybieranym celem emigracji zarobkowej. Jednocześnie w kwestii przepisów migracyjnych jest traktowana na równi z Polską, i nie może prowadzić autonomicznej polityki w tym zakresie. W konsekwencji od kilku dekad trwa nieprzerwany napływ imigrantów z różnych krajów do Królestwa, a Królestwo nie może z tym nic zrobić. Nawet gdyby chciało. Oznacza to, że obywatele tej europejskiej demokracji mają wrażenie, że stracili kontrolę nad własnym krajem.

Jeszcze raz pragnę podkreślić, że żaden z przytoczonych argumentów nie jest wyrażalny w pieniądzu, chociaż każdy z nich posiada aspekt finansowy. No dobrze, ale co z tego? Przecież od czasów prezydentury Billa Clintona wiadomo, że liczy się tylko jedno – „it’s the economy stupid”. A wszelkie inne, niepoliczalne argumenty schodzą na dalszy plan. Brytyjczycy powinni zatem zagryźć zęby, i z przymrużeniem oka spoglądać na pozaekonomiczne aspekty swojej działalności w UE w zamian za co mogą cieszyć się nieskrępowanym strumieniem kapitału i innych policzalnych korzyści, jakie niesie z sobą obecność we wspólnocie.

Ten styl rozumowania funkcjonował jeszcze kilka miesięcy temu. Tuż przed pojawieniem się na arenie dziejów nowego gracza – koronawirusa. Ten zaś bardzo mocno namieszał, i to na bardzo wielu płaszczyznach. Chciałbym skoncentrować się na jednej z nich. Radykalne działania prewencyjne większości państw spowodowały, że z miesiąca na miesiąc rankingi PKB – wskazujące kraje o najwyższej dynamice wzrostu produkcji, przekształciły się w rankingi obrazujące klasyfikację krajów o najniższym poziomie recesji. A to dlatego, że recesja stała się nową normą. Można powiedzieć, że w krótkim czasie rok 2020, który miał dla światowej produkcji być rokiem kontynuacji wzrostu PKB, śrubowania rekordów sprzedaży oraz kroczącego za nim wzrostu dochodów, przekształcił się w okres nieuchronnej zapaści gospodarczej, spadku PKB i nieuniknionej redukcji dochodów. Rok 2020 zostanie zapamiętany w statystykach ekonomicznych, jako rok kryzysu, bo istotnie – mamy teraz kryzys.

Zastanówmy się jednak, czym jest kryzys? Jaka jest jego istota? Co ten termin oznacza? Dotychczasowe kryzysy wskazują, że jest to taki stan, w którym ludzie tracą pracę, ich zarobki spadają, firmy uruchamiają oszczędnościowe programy naprawcze, następują wszędobylskie cięcia – zwłaszcza tak zwanych „dodatkowych benefitów”. Kryzys oznacza zawsze tylko jedno: że jest gorzej, niż było!

I w tym miejscu dopiero tak naprawdę zaczyna się mój artykuł. Kryzys koronawirusowy ma bowiem pewną specyfikę, która zdecydowanie go odróżnia od wcześniejszych zawirowań gospodarczych. Mianowicie wirus zmusił ludzi do siedzenia w domach, zredukował koszty życia i dla części społeczeństwa odkrył możliwości i korzyści płynące z pracy zdalnej. W konsekwencji – kryzys covidowy polepszył sytuację wielu gospodarstw domowych!

Zacznijmy od siedzenia w domu. W wyniku restrykcji narzuconych przez rządy poszczególnych państw ludzie zostali zmuszeni do bycia razem. Wprawdzie wirus nie był aż tak bezduszny, żeby zmusić do przebywania wyłącznie w swoim towarzystwie, i pozostawił im jutjuby, netflixy, kablówki, gry komputerowe oraz całe rzesze internetowych (free)lanserów, ale faktem jest, że powstała bezprecedensowa konieczność spędzania mnóstwa czasu w towarzystwie żony, męża, psa oraz dzieci. Niektóre media od razu zwęszyły niebezpieczeństwo, i swoich widzów już od pierwszych dni kwarantanny zaczęły raczyć opowieściami o wszystkich potencjalnych, fizycznych i psychicznych zagrożeniach wynikających ze spędzania czasu z rodziną. Trzeba przy tej okazji z uznaniem dodać, że wszystkie osoby, które po dwóch dniach lockdownu nie wiedziały, jak mają sobie poradzić z ciągłą obecnością swojej drugiej połówki – mogły liczyć na fachową pomoc ekspertów wyedukowanych w tajnikach zarządzania kryzysowego.

Historycznie na sprawę patrząc, należałoby się spodziewać, że wzrost ilości czasu, jaki małżonkowie spędzają wspólnie pod jednym dachem, powinien za 9 miesięcy znaleźć odzwierciedlenie w statystykach demograficznych, ale współczesne realia karzą nam myśleć o następnych miesiącach raczej w kategoriach lawinowego przyrostu spraw rozwodowych.

To doprawdy ciekawa sytuacja, że człowiek 2020 roku o wiele łatwiej znosi zamknięcie na 8-10 godzin z osobami, z którymi łączy go pasek płacowy, niż z własną rodziną. Kończąc już tę szyderę, chciałbym stwierdzić, że być może skala tego zjawiska wcale nie jest tak wielka, jak to wynika z doniesień medialnych.

Za oczywisty uważam fakt, że ludzie się w domach nudzą. Człowiek chyba ze swej natury jest zwierzęciem nudzącym się (homo terebravisse). Umieśćcie 40 – latka w pałacu Buckingham i otoczcie go wszelkimi możliwymi luksusami, a zobaczycie, że po miesiącu będzie chciał stamtąd uciec, ewentualnie zacznie czymś się odurzać. Zresztą doświadczenie takie jest znane prawie wszystkim, którzy wyjeżdżają na 2- tygodniowy urlop.

Może jednak się okazać, że ludziom wcale nie jest tak źle, że nawet podoba im się bycie razem. Może wreszcie mają czas, żeby pograć w gry, porozmawiać z dziećmi, albo po prostu nacieszyć się obecnością w czterech ścianach, które przez 30 lat ma spłacać comiesięczna rata kredytu. A może nawet dzięki nowym narzędziom technologicznym Ci ludzie zaczną częściej kontaktować się z innymi ludźmi? Może z nieco dalszą rodziną? Takie przypuszczenie zdaje się potwierdzać szef jednego z internetowych video – komunikatorów twierdzący, że ludzie nagle zaczęli odnawiać relacje ze swoimi rodzinami, z którymi nieraz nie kontaktowali się przez lata. Nowa technologia, która, paradoksalnie, wcale nie jest taka nowa, bo możliwość videokonferencji jest już z nami od co najmniej 10 lat sprawiła, że już nie trzeba ograniczać się do pytania o to, co u kogoś „słychać”, ale także bez słów można poznać, co u naszego rozmówcy „widać”. W każdym razie w czasie kwarantanny ludzie organizują rodzinne konferencje, na których plotkują, śmieją się, palą i piją, a to nie jest typowe zachowanie jak na żałobne okoliczności światowego kryzysu. I w tym miejscu jeszcze jedna drobna uwaga – te spotkania nic nie kosztują. Są za darmochę, a jedzenie i picie każdy musi zapewnić sobie sam.

Tym spostrzeżeniem wkraczamy w kolejny obszar oddziaływania koronawirusa, a mianowicie na teren kosztów życia. W tym kontekście powołam się na dwa przykłady. Pewien znajomy dyrektor sprzedaży, pracujący w branży przetwórstwa mięsa poinformował mnie, że z jego punktu widzenia sytuacja jest fatalna. Jego przygnębienie bierze się z tego, że ludzie w okresie pandemii zupełnie zmienili swoje wzorce konsumpcji. A konkretnie – zaczęli robić zakupy znacznie większe, ale za to znacznie rzadziej. Okazuje się zaś, że handel detaliczny jest taką dziedziną życia, w której całość nie jest zwykłą sumą części, co w odniesieniu do zakupów sprowadza się do konstatacji, że robiąc częściej – małe zakupy, wydajemy więcej pieniędzy, niż w przypadku rzadszych – dużych zakupów. Ludzie od handlu tłumaczą ten fenomen w sposób teologiczny. Mianowicie twierdzą, że częstsze pojawianie się w sklepach to więcej pokus. A skoro jest więcej pokus, to musi być też więcej grzeszków, które w warunkach zakupowych przybierają postać nieplanowanego zakupu jakiegoś „małego prezencika”, „czegoś słodkiego” czy „drobnej przyjemności”. Zdaniem znajomego – podczas koronawirusa konsumenci robią zakupy znacznie racjonalniej!

Drugi przykład pochodzi z wywiadu udzielonego przez prezesa jednego z większych polskich przedsiębiorstw odzieżowych. Utyskiwał on niedawno, że covid to prawdziwa tragedia, gdyż ludzie dotychczas kupowali ubrania w ramach relaksu, przeznaczając czas wolny na kupno spodni w galerii handlowej. Była to świadoma, faktyczna rozrywka przerywająca monotonię tygodnia pracy, i dostarczająca dużej satysfakcji. No i koronawirus to zmienił, ponieważ sklepy odzieżowe zostały zamknięte.

A teraz pomyślmy. Z pierwszego przykładu wynika, że Covid jest dla nas zabójczy, ponieważ sprawia, że robimy zakupy w sposób bardziej przemyślany i racjonalny, zaś drugi przykład sugeruje, że wirus stanowi cywilizacyjne zagrożenie z tego względu, iż uniemożliwia społeczeństwu korzystanie z jego ulubionej formy rozrywki – konsumpcjonizmu. Pytanie – czy nie macie Państwo wrażenia, że te zastrzeżenia brzmią jakoś dziwnie? Albo ze mną jest coś nie tak, albo brzmią one zupełnie jak skarga małego dziecka, które z oburzoną miną mówi tacie, że wróbelek nie chce się dać złapać. Inne skojarzenie związane jest z satyrą Ignacego Krasickiego pod tytułem „Do króla”, w której autor wymienia poszczególne wady króla Polski, będące w swej istocie jego wielkimi zaletami. Innymi słowy – powody szkodliwości wirusa brzmią głupio i naiwnie i sprawiają, że wirus nabiera w moich oczach cech mesjańskich, jako ten, który krocząc przez ziemię – przywraca właściwy porządek rzeczy.

Za niezaprzeczalny fakt uznaję twierdzenie, że wirus per saldo obniżył koszty życia (w niektórych przypadkach nawet znacząco). Z jednej strony spadają nam zarobki, ale z drugiej strony – nasze potrzeby są nieco mniejsze. Wydajemy mniej na zakupy, rzadziej używamy samochodu, ubrania starczają nam na dłużej, emitujemy mniej dwutlenku węgla, a może nawet – lepiej się odżywiamy (zakładając, że częste zakupy, to częsta sposobność do faszerowania się cukrem). Mniej także podróżujemy i pewnie mamy też mniejszą potrzebę „szpanowania” i obnaszania się z naszym dobytkiem.

Żeby nie było….ja doskonale rozumiem, jak niebezpieczna jest to sytuacja dla ekonomii. Wiem, że cała gospodarka napędzana jest przez konsumpcję. Wiem, że straty w jednych sektorach z pewnym opóźnieniem ale niechybnie przenoszą się na spadki w innych częściach gospodarki, a procesy mnożnikowe zwielokrotniają rozmiary katastrofy. Jednak wiele lat temu pisałem, że świat potrzebuje ekonomii umiaru i, że umiar ten może być rezultatem jakiejś nowożytnej „umowy społecznej” i wspólnej refleksji, ale może też nastąpić w wyniku jakiegoś wydarzenia o charakterze rewolucji, które zwyczajnie zmusi ludzkość do umiaru. Historia dowodzi, że pierwszy scenariusz jest bytem teoretycznym, który nigdy się nie materializuje. Za to drugi scenariusz sprawdza się zawsze.

Nie twierdzę też, że koronawirus to najlepsze, co mogło spotkać ludzkość. Na potrzeby niniejszego tekstu wystarczy mi konstatacja, że przeobrażenia dokonane przez koronawirusa mają swoją jasną stronę, co czyni aktualny kryzys – wyjątkowym.

Trzecim aspektem, na który chciałem zwrócić uwagę, jest odkrycie pracy zdalnej. Nagle okazało się, że tysiące ludzi są w stanie wykonywać całą robotę w domu, nie ruszając się z miejsca, siedząc przy komputerze w papciach i sącząc drinka. Okazało się również, iż miliony dolarów, euro, złotych i wszystkich innych walut świata przeznaczane były codziennie na zupełnie niepotrzebne przemieszczanie się ludzi. Sam tylko koncern Apple orzekł, że tylko linii USA – Chiny, codzienne funkcjonowanie wiąże się z tym, iż setki menagerów różnych szczebli muszą latać tam i z powrotem, a wystarczy zwykłe spotkanie face to face za pośrednictwem popularnej aplikacji. To wielkie oszczędności, ale też i nowe wyzwania. Podstawowym wyzwaniem jest możliwy spadek obrotów w niektórych branżach i efekty mnożnikowe z tym związane (patrz wyżej). Oszczędności w skali makro to nie to samo, co oszczędności w skali mikro. To, co dla przedsiębiorcy jest sukcesem, może być utrapieniem dla ministra finansów. Konsekwencje mogą mieć jeszcze zupełnie inną naturę. Niebawem można będzie na przykład dostrzec, że pracownik zatrudniony w prężnej, warszawskiej centrali korporacji – wcale nie musi mieszkać w samej Warszawie, a na pewno nie w jej ścisłym centrum. Dalekosiężne konsekwencje pracy zdalnej mogą być niekiedy rewolucyjne i spodziewam się, że dużo w tej materii jeszcze będzie się działo.

Także jednak w tym obszarze należy zachować zdrowy rozsądek. Miałem już bowiem do czynienia z komentatorami, którzy obwieścili światu, że praca zdalna sprawi, iż dotychczasowe formy funkcjonowania – na przykład targi czy konferencje naukowe – odejdą do lamusa. Ktoś, kto tak twierdzi albo nigdy nie brał udziału w takich wydarzeniach, albo…. jest ekonomistą. Otóż ludzie jeżdżą na konferencje, targi, szkolenia i wymianę dobrych praktyk po to, żeby poplotkować, spotkać się (i napić) z kolegami, pozwiedzać nowe miejsca, odpocząć od rodziny, porozglądać się za partnerem życiowym lub po prostu – żeby odłożyć na swoim koncie diety wyjazdowe. Wygłoszenie referatu niekoniecznie jest istotą konferencji. Trzeba mieć to na uwadze wygłaszając proroctwa o nieubłaganym zgonie tej, czy innej aktywności, bo czas może pokazać, że były mocno przesadzone.

Ponownie ograniczę się do stwierdzenia, że dla całej masy ludzi – możliwość pracy zdalnej to skarb o wiele cenniejszy, niż 20 – procentowa obniżka pensji.

Reasumując, pragnę zwrócić uwagę na fakt, że kryzys wywołany koronawirusem jest być może pierwszym w historii kryzysem, którego bilans zysków i strat jest kłopotliwy. Po raz pierwszy w historii mamy do czynienia z sytuacją, w której bolesna redukcja zarobków – rekompensowana jest przez nieprzeliczalne korzyści o charakterze nieekonomicznym. Być może też, po raz pierwszy w historii ludzie na tak masową skalę mogą chcieć uczynić te wyjątkowe okoliczności spowodowane pandemią – stanem permanentnym.

Nawet jeśli ktoś mi zarzuci, że bujam w obłokach, że niemal w każdym kryzysie pewna część społeczeństwa, jakaś grupa zawodowa lub jakaś branża odczuwa korzyści i odnotowuje poprawę swojej pozycji materialnej, to i tak będę uparcie utrzymywał, że nigdy nie działo się to na tak wielką skalę, i że nigdy oczywiste straty gospodarcze nie były w tak namacalny sposób rekompensowane korzyściami zupełnie innej natury. Moim zdaniem większość ludzi dostrzega, że coś istotnego się zmieniło, a dla bardzo wielu – jest to zmiana na lepsze.

Koronawirus na bezprecedensową skalę umożliwił ludziom porównanie wymiernych korzyści ekonomicznych, z niewymiernymi korzyściami nie-ekonomicznymi.

W konsekwencji ludzie mogą zacząć dostrzegać w różnych wydarzeniach (także, a nawet przede wszystkim – politycznych) inny, niewyrażalny w pieniądzu wymiar. Dotychczas tego typu refleksja mogła pojawiać się tylko w dwóch znanych mi środowiskach. Wśród ludzi wierzących oraz wśród geopolityków. Ci pierwsi – liczni, często głoszą, że ekonomia to marność, ale w sferze praxis wcale jej za taką nie uważają. Ci drudzy – nieliczni, czasami całkiem serio rozprawiają nad tym, czy w historii politycznej ekonomia ma w ogóle istotne znaczenie, czy też liczą się tylko i wyłącznie czynniki o charakterze geograficznym.

Myślę, że rzeczywistość koronawirusa stanie się fermentem do jakiegoś nowego rodzaju namysłu nad funkcjonowaniem człowieka w świecie, nad porównywaniem rzeczy nieporównywalnych, a być może nawet stanie się bramą do mitycznej gospodarki umiaru, w której ramach obywatele będą się bardziej skupiali na tym, żeby „być”, a nie tylko na tym, żeby „mieć”.

Nie jest to przyszłość nieuchronna, ale możliwa, i wprawdzie równie dobrze czas koronawirusa może zakończyć się wielkim powrotem do tego, co było; a więc powrotem do business as usual, to jednak paradoksalnie wydaje się, że ten scenariusz jest coraz mniej prawdopodobny z uwagi na to, że nie da się zmienić kierunku strzałki czasu. Koronawirus jest faktem. On się wydarzył i sporo namieszał. Powrót do normalności nie będzie tym samym, co posprzątanie zabałaganionego pokoju, ale raczej będzie przypominał zagospodarowanie akwenu, w którym przedtem była woda słodka, a teraz jest woda słona. Niby wszystko ma wyglądać podobnie, ale trzeba wszystko zrobić inaczej.

Decyzja Winstona Churchilla stanowiła przykład nadania priorytetu wartościom innym, niż ekonomiczne. Churchill zrozumienie i poparcie znalazł przede wszystkim wśród zwykłych obywateli – eksperci byli sceptyczni. Brexit także był wyborem powodowanym czynnikami, które najwidoczniej wymykają się eleganckim modelom ekonomicznym. I Brexit także jest decyzją podjętą wbrew woli ekspertów. Koronawirus uświadamia, że obok wartości policzalnych, istnieją także wartości niepoliczalne.