Wiera Meniok: Siedem symulacji na temat pandemiczny

Przedstawiamy fragment literacki Wiery Meniok, laureatki nagrody Karpacka Europa Wspólnych Wartości, przyznanej podczas tegorocznego Forum Europa-Ukraina. Wiera Meniok jest doktorem filologii, Docentem na Uniwersytecie w Drohobyczu (Ukraina), pomysłodawczynią Międzynarodowego Festiwalu Brunona Schulza w Drohobyczu i dyrektorem Fundacji „Muzeum i Festiwal Brunona Schulza”.

 

Wiera Meniok przemawia podczas gali Forum Europa-Ukraina w 2020 roku. Fot. z archiwum Forum Europa-Ukraina
  1. Przygoda w aptece

Dzisiaj jest 12 maja 2020 roku, mija dwa miesiące koronawirusowej kwarantanny. Zupełnie nieoczekiwane i dziwne doświadczenie, inna rzeczywistość, o jakiej nikt wcześniej by nie pomyślał.

Około miesiąc temu, w jednej drohobyckiej aptece przeczytałam na niedużym monitorze interaktywnym, zamontowanym przy kasie, pytanie dotyczące kwarantanny oraz warianty odpowiedzi – rodzaj zachęcenia do aktywności statystyczno-monitoringowej, ale też wyraźna sugestia, by zastanowić się nad powagą (lub nie-powagą) sytuacji, która nagle się zdarzyła, a na którą nie byliśmy przygotowani. Pytanie było proste: „Jak długo jesteś gotowa/gotowy przebywać na kwarantannie?” Było pięć wariantów odpowiedzi: „W ogóle nie jestem gotowa/gotowy”, „Nie dłużej niż miesiąc”, „Nie dłużej niż dwa miesiące”, „Tyle ile będzie trzeba”, „Dajcie sobie w końcu z tym spokój!”.

Pomyślałam wtedy, że ostatnia odpowiedź to rodzaj żartu, ironii – dla rozluźnienia napięcia i paniki, której znaczna część ludzi podległa: ludzi codziennie śledzących statystyki rozpowszechnienia wirusa, przerażonych ilością zgonów z jego (wirusa) powodu w swoim kraju i swojej miejscowości, lękających się choroby, lękających się śmierci. Za chwilę jednak uświadomiłam sobie, że tę ostatnią odpowiedź sporo ludzi wybierze, wcale nie na zasadzie humoru lub też rozdrażnienia – zwłaszcza teraz, po sześćdziesięciu dniach spędzonych w warunkach kwarantanny, lecz z tego powodu, że tak właśnie myśli: nie uważa kwarantanny oraz zamrożenia i deformacji normalnego trybu życia za coś, co rzeczywiście jest spowodowane poważnym zagrożeniem choroby, tylko za globalną strategię doprowadzenia świata – wyłącznie świata ludzi, bo zwierzęta i rośliny nie czują się zagrożone przez wirusa, tylko przez ludzi – do klęski żywiołowej i poważnego kryzysu, nie tylko ekonomicznego i politycznego. Innymi słowy, dania sobie w końcu spokoju z kwarantanną, mogą wymagać nie tylko ludzie nieodpowiedzialni, którzy lekceważą powagę sytuacji związanej z zagrożeniem wirusowym, ale także ludzie, którzy bardzo poważnie traktują sytuację kwarantanny i jej konsekwencji – już prognozowanych i nienadających się jeszcze do prognozowania.

Nie kliknęłam wtedy, miesiąc temu, na żadną z wyświetlonych na monitorze odpowiedzi, choć w pierwszym odruchu wybrałabym wersję: „Tyle ile będzie trzeba”. Zamiast dalej myśleć o tej przygodzie w aptece, wróciłam do lektury eseju Okno Olgi Tokarczuk.

 

  1. „Morwa jest hojną rośliną”

Olga Tokarczuk zaczyna obserwować początki sytuacji kwarantannowo-pandemicznej od hołdu dla białej morwy, którą widzi z okna swojego mieszkania we Wrocławiu. Przypominam sobie morwy w moim mieście. Znam je, choć większość morw jest tutaj czarna, nie biała. (Piękna jest ukraińska nazwa tego drzewa: szowkowycia – od „szowk”, czyli jedwab). Jedna czarna morwa, bardzo stara, rośnie na rogu dawnej ulicy Floriańskiej, bliżej Rynku, niedaleko domu siostry Brunona Schulza, gdzie Bruno przeprowadził się z Rynku po bankructwie ojca, skąd go potem wypędzono do getta przez „pandemię” nazistowską i dokąd nigdy już nie wrócił. Być może ta czarna morwa pamięta Schulza, pamięta jego wątpliwości i smutki, zachwyty i triumfy. Być może on kiedyś widział to, co ja teraz widzę corocznie na rogu Floriańskiej, a dokładniej na skrzyżowaniu Floriańskiej, Żupnej i Rynku: fioletowo-czarne mokre plamy na asfalcie po rozdeptanych owocach morwy, pod koniec lipca czy w pierwszej dekadzie sierpnia. Nikt nie zrywa owoców morwy, choć wiszą na starym drzewie w zasięgu ręki. Są bardzo słodkie, można zrobić z nich smaczną konfiturę – szkoda, że nikt nie pamięta jak zrobić konfiturę z morwy. Ptaki wciąż mają wyłączne pierwszeństwo – karmią się owocami czarnej morwy, przylatują blisko domu Schulza na Floriańskiej, choć nie wiedzą, że są w tej bliskości. A może wiedzą? Tak naprawdę, to ja nie wiem, o czym wiedzą ptaki. I czy wciąż są to te same ptaki, co były (i są) u Schulza. A jeśli jednak te same, to muszą wiedzieć i wiedzą o wszystkim… oprócz pandemii.

 

  1. Ulga czy „bitwa o nową rzeczywistość”?

„Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi” (Olga Tokarczuk, Okno).

Jestem bardzo wdzięczna Autorce za to wyznanie – uwalnia mnie ono od konieczności podobnego własnego wyznania, że kwarantanna dla mnie też była (nie jestem pewna, czy nadal jest) nieoczekiwanym spełnieniem tajnie wymarzonej ulgi: lubię być sama, często zabiegam o samotne przebywanie. Nagle okazało się, że nie trzeba o nic zabiegać: mam moją pożądaną samotność. Mogę być sama i myśleć tylko o tym, o czym myśleć chcę i co mieści się w zasięgu wyłącznie mojego własnego wyboru i mojej własnej odpowiedzialności. Cudownie. Wreszcie nikt mi nie przeszkadza. Ulga. Nie wstydzę się tego wyznania.

Wciąż jestem uwikłana w izolację kwarantanny. Zaczynam zastanawiać się nad rzekomą „ulgą”: czy jest to naprawdę ona (ulga), czy jednak tylko złudzenie ulgi, a więc coś innego, poważniejszego? Coś, co ma mi podpowiedzieć, do czego zmierzam, do czego dążę mimo wszystko, mimo ograniczeń, w tym kwarantannowo-pandemicznych czasach. Zaczynam zatem myśleć o innej wypowiedzi z mojej lektury tekstu Tokarczuk: „Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem”.

Nie oglądam seriali, nie mam czasu na czytanie książek (a miało przecież czasu być więcej!), jestem pochłonięta sprawami nauczania zdalnego i innymi formalnościami, które determinują funkcjonowanie pracownika akademickiego w czasach kwarantanny, staram się sprostać zobowiązaniom naukowym. Robię to, co mam (muszę) robić. Robię to z dużo większym wysiłkiem mocno graniczącym ze zniechęceniem i poświęcam na to znacznie więcej czasu niż zazwyczaj, w normalnym trybie mojego życia i mojej pracy. W konsekwencji zastanawiam się coraz głębiej nad tym, czy rzeczywiście kwarantanna jest moją dawno utęsknioną ulgą, czy jednak bitwą o mój nowy status, o nową jakość moich kompetencji zawodowych?

Wszystko dopiero się okaże, okaże się poprzez surrealizm koronawirusa, któremu musieliśmy ulec – nikt nas nie pytał o zgodę. Wirus perfekcyjnie wciągnął nas w te dylematy: ulga wyzwalająca z niepożądanych układów zbyt szybko pędzącego świata, czy bitwa o nową jakość tych układów, o nową rzeczywistość? Nie pozostawił wyboru – w tym znaczeniu, że musimy wybierać.

Chciałabym opowiedzieć się za „ulgą”, niemniej wiem, że „bitwa” jest w tym kontekście niewątpliwie bardziej istotną i nieuniknioną kategorią.

 

  1. Powtórka z lektury egzystencjalizmu?

Nic nowego, nic zaskakującego. Koronawirus zmusił nas do ponownego rozważania kategorii Innego. Demoniczne w sensie niepożądania i zagrożenia są obydwa komponenty wyrazu „koronawirus”: korona, jako znak totalnej władzy nad innymi potrafi zniszczyć każdego jej (władzy) żądającego oraz każdego jej podporządkowanego, wirus – jak i totalitarna władza – potrafi uśmiercić.

Nieznany Inny mimowolnie niesie teraz w sobie koronawirusa – przynajmniej większość ludzi jest skłonna tak myśleć. Nieznany Inny w sytuacji koronawirusowej najczęściej staje się dla nas Obcym. Kryje się w tym niebezpieczeństwo braku zaufania do innego człowieka i idącego za tym wykluczenia go z naszego życia.

Nieoczekiwana powtórka z lektury egzystencjalizmu: obecność Innego jest zagrożeniem dla nas; nie możemy liczyć na Innego, ponieważ on – tak samo, jak każdy z nas – jest bezradny i totalnie osamotniony będąc skazany na wolność swoich wyborów i czynów; byt człowieka nieuniknienie oznacza ciągłe doświadczanie lęku przed życiem i lęku przed śmiercią, a więc lęku przed własnym istnieniem; Inny w czasie zarazy mocno przysparza nam lęków egzystencjalnych, niesie zagrożenie, które usiłujemy wykluczyć; zaufanie do Innego staje się coraz bardziej wykluczone.

Pozostaje nam żywić nadzieję, że taka powtórka z lektury egzystencjalizmu nie okaże się na nowo aktualna, a tym bardziej obowiązująca, że nie zaskoczy nas ponownie przepowiednia Camusa, a nasze miasta i własne miejsca nie zamienią się w Oran – we wszystkich możliwych jego znaczeniach.

 

  1. „Oglądać się za ocaleniem trzeba”

Powtórka z lektury egzystencjalizmu na szczęście może wyglądać zupełnie inaczej. Nie jak u Camusa czy Sartre’a, tylko zgodnie z inną perspektywą egzystencjalizmu, nakreśloną chociażby przez Gabriela Marcela, twórcę metafizyki nadziei. Przychodzi na myśl dawno zapomniane i staromodne, modernistyczne, egzystencjalnie rozdarte, niejako utrzymane na skraju poszukiwanie miłości w Innym. Poszukiwanie to nagle znowu staje się nagie, bezbronne i najdotkliwsze w swojej bezbronności. Jak w wierszu Siergieja Jesienina:

Nie dojrzysz przecie twarzy
twarzą w twarz.
Wielkie – z dystansu się dostrzega.
Gdy huczy fala, trzaska maszt,
oglądać się za ocaleniem trzeba.

(Siergiej Jesienin, List do kobiety, tłum. Wiktor Woroszylski)

 

Wyjątkowo istotna wydaje się dzisiaj zdolność „dojrzeć [inną] twarz twarzą w twarz”. Nie z dystansu, nie w jakimś nieokreślonym potem, tylko teraz, obok siebie. Nie odwrócić się od innego człowieka, nie wykluczyć go z własnego życia, tylko go dojrzeć. Im więcej niepokojów egzystencjalnych na nas spadnie, tym ważniejsze dla nas będzie „oglądanie się za ocaleniem”. Każdy je na pewno znajdzie. Każdy po swojemu. Za cenę własnych strat.

Komunikat o przesunięciu czerwcowego terminu kolejnego, dziewiątego Festiwalu Brunona Schulza na listopad, podsumowaliśmy fragmentem z jego opowiadania Republika marzeń: „Martwy sezon panoszy się na pustych placach, na wymiecionych przez wiatr ulicach. Dalekie horyzonty wezbrane ogrodami stoją w blasku nieba, olśnione i nieprzytomne, jak gdyby dopiero co zleciały ogromną, jaskrawą płachtą z pustkowi niebieskich – jasne, płonące, poszarpane od lotu – i za chwilę już zużyte, czekają na nowy ładunek blasku, w którym się odnawiają”.

Patrz: http://www.brunoschulzfestival.org/index.php?tpr=news&id=176

 

  1. „Sprawa niepomiernie istotniejsza”

Nigdy nie zgodzę się na nazywanie mojego miasta miasteczkiem, tkwi w tym nazywaniu destrukcja wyjątkowej miejskiej substancji historyczno-kulturowej, która wciąż tu jest, mimo że trudno jest czasem ją rozpoznać, dojrzeć, odczuć. Ona wciąż tu jest, mimo że miasto dużo przeżyło i bardzo się zmieniło od tamtych, dawnych czasów. Miasto zmieniło się głównie z tej przyczyny, że zmienili się jego mieszkańcy. Podobnych zmian dotyczyło pytanie Bułhakowskiego Wolanda: „Powiedz mi, zacny Fagocie, twoim zdaniem mieszkańcy Moskwy bardzo się zmienili?” Wolandowi chodziło nie o tramwaje, automobile, autobusy, telefony i inną „aparaturę”, tylko o „sprawę niepomiernie istotniejszą: czy mieszkańcy tego miasta zmienili się wewnętrznie?”… Niezliczoną ilość dramatycznych powodów do „zmian wewnętrznych” mieli mieszkańcy mojego miasta. Czasy bolszewickie, nazistowskie, sowieckie i postsowieckie, które wciąż nie chcą ustąpić, spowodowały nieodwracalne zmiany miasta, lecz wciąż ono jest miastem.

Niedawno solidnie wyremontowano Rynek. Wygląda teraz przyzwoicie: odbudowana przestrzeń kwadratu rynkowego, nowy bruk, nowe ławeczki, nowe latarnie i nowe drzewa… a raczej drzewka – wymyślne, egzotyczne, nowomodne, które nigdy nie urosną na prawdziwe drzewa, jakie wcześniej tu były. W dni słoneczne i upalne teraz łatwo jest utożsamić Rynek z opisem Schulza w opowiadaniu Sierpień: „Rynek był pusty i żółty od żaru, wymieciony z kurzu gorącymi wiatrami, jak biblijna pustynia…”, ale bez dawno zapomnianych przez mieszkańców „ciernistych akacji, wyrosłych z pustki żółtego placu”. Było tu wiele innych drzew, charakterystycznych dla tutejszego krajobrazu, nie tylko akacje.

Czy pandemia także przyczyni się do zmian mojego miasta i jego mieszkańców? Myślę, że zmiany są nieuniknione. W moim życiu one już są – te zmiany, które zawsze będę utożsamiała z czasem kwarantanny koronawirusa. Fala likwidacji etatów przewinęła się na mojej uczelni, dotknęła głównie pracowników pozornie nieuczestniczących w procesie akademickim. Zostałam pozbawiona wszystkich moich pracowników w Centrum Polonistycznym, które funkcjonuje na uniwersytecie od 2002 roku, prowadząc różnorodną działalność, w tym pierwsze na Ukrainie i na świecie Muzeum Pokój Brunona Schulza oraz Międzynarodowy Festiwal Brunona Schulza. Zawinił temu kryzys, który już jest, a będzie znacznie większy.

Przyjdzie drastyczny podział, o którym często się ostatnio dyskutuje: podział na ludzi wiedzy i ludzi usług. Sporo ludzi wejdzie do tej drugiej grupy nie z własnej winy: fachowcy z mniejszych, słabszych, prowincjonalnych ośrodków, a także osoby z różnych powodów nieprzystosowane do nowych warunków i metod realizacji pracy zawodowej i przekazywania wiedzy.

Jedna z moich studentek nie może uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez Zoom, ponieważ mieszka w małej miejscowości, nie korzysta z Internetu, nie ma sprzętu. Jak mam przekazać jej wiedzę i jak ocenić wyniki jej nauczania? Druga studentka z zaocznych studiów magisterskich mieszka w obwodzie Żytomierskim, gdzie niedawno były potężne pożary, w związku z czym nie ma tam teraz zasięgu sieciowego i internetowego, a studentka ma zdalnie zdać sesję. Coś muszę wymyślić, nie mogę uznać sytuacji za taką, która mnie nie dotyczy i nie jest moim problemem. Nasuwają się co najmniej dwa pytania. Czy podobnymi kłopotami ludzi – już teraz i w niedalekiej przyszłości – ktokolwiek będzie się przejmował (pracodawca, dyrektor, kierownik, przełożony itp.)? Czy nauczanie zdalne oparte na prywatnym sprzęcie i prywatnym Internecie (np. moim i moich studentów) rzeczywiście jest nauczaniem zdalnym i czy wykład lub egzamin przez Skype’a, czy Zoom można uznać za rozwiązanie podstawowych kwestii nauczania zdalnego? Wszystkie te pytania należą przecież do naszej przestrzeni osobistej i przestrzeń tę tworzą. Odpowiedź nasuwa się następująca: najistotniejsze i najbardziej groźne w czasach pandemicznych i postpandemicznych po raz kolejny okażą się „zmiany wewnętrzne mieszkańców”, o których wspominał Woland.

Mimo wszystko wierzę, że nastąpią także dobre zmiany w mojej przestrzeni osobistej. Na przykład, wymuszone przez kwarantannę utrzymywanie dystansu w miejscach publicznych nauczy mieszkańców mojego miasta (i nie tylko mojego) cenić znaczenie i wartość indywidualnej przestrzeni osobistej, nauczy cierpliwości wobec innego człowieka i wypracuje nowe zachowania wobec niego: nie zakłócać jego spokoju, nie naruszać równowagi, nie ignorować jego prawa do przestrzeni osobistej… w kolejce na pieszym przejściu granicznym, w tzw. marszrutkach (czyli w busach, które w moim i pobliskich miastach pełnią funkcje komunikacji miejskiej), w supermarkecie przy kasie etc. Nie usiłować w tych i innych miejscach ominąć, wyprzedzić, zignorować innego bez użycia uprzejmej figury retorycznej: „Przepraszam!”

 

  1. Zamknięte bramy cmentarne

W drugą niedzielę po Wielkanocy jest tu tradycja odprawiania mszy na grobach. Najpierw jest odprawiana wspólna liturgia w jednym miejscu na cmentarzu, np. przy kaplicy cmentarnej. Na głównym miejscowym cmentarzu komunalnym (właściwie są trzy jego części: dwie znajdujące się obok siebie i trzecia naprzeciwko, na równoległej ulicy, na obrzeżach miasta) wspólna liturgia w tym dniu odbywa się przy symbolicznym krzyżu postawionym na znak zbiorowego pochówku bohaterów narodowych. Po tej liturgii księża odprawiają krótkie msze na grobach indywidualnych. W tym roku pierwsza niedziela po Wielkanocy przypadła na 26 kwietnia. Bramy cmentarne zostały zamknięte z powodu kwarantanny. Mszy nie było. Nikt nie poszedł na groby swoich bliskich. Warunki kwarantanny zostały całkowicie spełnione.

Przedwczoraj, w niedzielę, wybrałam się na cmentarz razem z osiemdziesięcioczteroletnim ojcem mojego męża. Na każdej z trzech części cmentarza mieliśmy odwiedzić groby, jego syna – mojego męża, moich rodziców oraz jego żony – matki mojego męża. Nie wiedzieliśmy, że bramy cmentarne nadal są zamknięte. Jest w tym zamknięciu racja i logika kwarantannowa, niemniej traci ona swój sens na tle tego, iż coraz więcej ludzi grupami spaceruje na Rynku i po ulicach miasta. Nie koniecznie w maseczkach ochronnych. Nic dziwnego: nastrój wiosenny, piękna wczesnomajowa zieleń i kolorowe kwitnące kwiaty i drzewa dookoła robią swoje. Na cmentarzu na pewno byłoby znacznie mniej ludzi, a warunki kwarantanny zostałyby spełnione w nieporównywalnie większym stopniu.

Wracać od razu nie było sensu, chociażby ze względu na ojca mojego męża, który odważył się pokonać dość długą drogę w upalny dzień. Na szczęście w pustce przycmentarnej pojawiła się pani, która wskazała nam przejście do dwóch pierwszych części cmentarza. Przejście było dość daleko, z tyłu za symbolicznym krzyżem, przy którym w następną niedzielę po Wielkanocy nie odbyła się liturgia w intencji zmarłych. Dojście do trzeciej części cmentarza było nam znane od zawsze, jest to tzw. nowy cmentarz, gdzie grobów wciąż przybywa, a mur cmentarny został zbudowany tylko fragmentarycznie. Ta wyprawa zajęła nam ponad pięć godzin, razem spędziliśmy czas na rozmowach, dzięki czemu nadrobiliśmy dwa miesiące kwarantannowej izolacji. Po drodze odwiedziłam jeszcze kilka grobów, m.in. Rektora Walerego Skotnego – zawsze przychodzę na jego grób oraz Profesora Marka Golberga, mojego nauczyciela, pod którego opieką jako kierownika zakładu dawno temu zaczęłam pracę na Wydziale Filologii.

Zamknięte bramy cmentarne okazały się prawdą iluzoryczną, okazały się metaforą. Doszliśmy tam, gdzie chcieliśmy dojść. Choć nie wiem, czy bez podpowiedzi szczęśliwie spotkanej pani sama znalazłabym przejście. Nie wiem także, czy temat koronawirusa nie był przez kogoś doskonale przemyślany i podpowiedziany, i czy nie czekamy teraz sumiennie na kolejną instrukcję, kiedy i jak go należy zamknąć, a jeśli planowana skala skutków okaże się niewystarczająca, to znowu uruchomić.

 

Wiera Meniok

Drohobycz, 12 maja 2020