Sprzeczne sygnały z Londynu w sprawie wyboru Donalda Trumpa na urząd prezydenta USA.


17.11.2016 – Wojciech Pawlus

Chwilę po tym jak Amerykanie dowiedzieli się kto zostanie 45 z kolei przywódcą ich kraju, niezadowoleni ze zwycięstwa Donalda Trumpa internauci zaczęli prześcigać się w coraz to bardziej wyrafinowanych kpinach z takiego obrotu rzeczy. Przeróbki doczekała się słynna czerwona czapka z kampanii ekscentrycznego miliardera – po wyborach mówiła „Make America Great Britain Again” (sprawmy by Ameryka znów była Wielką Brytanią). Pojawił się również fikcyjny list od królowej Elżbiety II, która zapowiedziała koniec ”ponad 200-letniego eksperymentu z amerykańską demokracją” i stawiała warunki na jakich Westminster zgodzi się na powrót niedojrzałego „syna marnotrawnego” pod swoje zwierzchnictwo (m.in. obowiązkowy powrót do klasycznej pisowni).

Rzeczywistość prezentuje się jednak zgoła inaczej dla brytyjskich decydentów, a „specjalna relacja” USA i Zjednoczonego Królestwa może stać się taką samą ofiarą wojującego rewizjonizmu Trumpa jak wiele innych stałych zjawisk w polityce transatlantyckiej. Trump już jako prezydent elekt pokazał, że nawet wyjątkowo prawicowy i nieprzejednany w dążeniu do Brexitu rząd Theresy May jest dla niego zbyt „establishmentowy”. Premier May pomogła mu wyrobić taką opinię – liczyła na przewidywalną prezydenturę Hillary Clinton, a o Trumpie wypowiadała się w trakcie kampanii chłodno, czy wręcz niepochlebnie. Mimo to, tak Londyn jak i światową opinię publiczną zaskoczyło, że pierwszym brytyjskim politykiem, którego miliarder przyjął u siebie już po wyborach był Nigel Farage – czołowa postać nowej populistycznej międzynarodówki, architekt kampanii politycznej nawołującej do Brexitu, a jeśli chodzi o protokół dyplomatyczny po prostu zwykły europoseł. W dodatku, rzekomo, pragnący wycofać się z życia politycznego po zwycięskiej kampanii. Obaj panowie wyjątkowo się lubią, a Trump kilkakrotnie podkreślał, że swoje zwycięstwo traktuje jako „Brexit Plus Plus”. Przyjmował również od Farage’a porady. Z kolei jedynym politykiem rządowym, który z Trumpem znajduje wspólny język ponad grzecznościowe oświadczenia jest, równie kontrowersyjny jak sam Amerykanin, Minister Spraw Zagranicznych Boris Johnson. Oświadczył on, że wierzy w dobre relacje z Trumpem bo „jest  to biznesmen, czyli człowiek pragmatyczny”, a obawy związane z jego prezydenturą są przesadzone.

Jak na ironię słowa Johnsona są trafne. Tylko dla Wielkiej Brytanii oznacza to, że będzie liczyła się w Waszyngtonie mniej niż dotychczas. Jak podają brytyjskie media, Trump wykonał 8 innych telefonów zanim skontaktował się z Theresą May. Co znamienne, najpierw zadzwonił do Dublina by porozmawiać z premierem Irlandii Endą Kennym. To sygnał, że była brytyjska prowincja może być dla niego ważniejsza i trudno się dziwić skoro Trump myśli pragmatycznie. Na poziomie politycznym to kraj do którego genealogicznie odwołuje się ponad 10% Amerykanów (niecałe 35 milionów ludzi), czyli wyborców. Na poziomie biznesowym, europejska siedziba amerykańskich gigantów informatycznych takich jak Google, czy Microsoft. Wielka Brytania jawi się natomiast jako skonfliktowany politycznie kraj, zachowujący jednocześnie silną pro-Natowską postawę, oraz, paradoksalnie, przywiązanie do liberalnych europejskich wartości. Choć rząd Theresy May (wbrew osobistym poglądom, w tym samej premier) pozuje na grupę twardych zwolenników Brexitu, to wielu parlamentarzystów jest otwarcie przeciwna opuszczeniu Unii Europejskiej oraz polityce Trumpa. Na poziomie regionalnym ustami samej Nicoli Sturgeon krytykuje go Szkocka Partia Narodowa, a w Irlandii Północnej też nie może liczyć na wielu zwolenników – architektami tamtejszego porozumienia pokojowego byli przecież Demokraci z administracji Billa Clintona.

Należałoby ocenić, że geopolityczna wizja Donalda Trumpa nie odpowiada realiom brytyjskim, które i tak znacznie się skomplikowały. Jego naturalni sojusznicy z partii Farage’a, UKIP, nie mają namacalnego wpływu na politykę kraju, a jedynie kreują negatywne, anty-europejskie trendy wśród opinii publicznej. W świetle ostatnich wydarzeń na tle prawno-ustrojowym wątpliwy jest nawet sam fakt, czy Brexit nastąpi. Jeśli uruchomienie artykułu 50 traktu lizbońskiego zostanie odrzucone w głosowaniu Izby Gmin to Zjednoczone Królestwo powróci do trudnego status quo, które nie wpisuje się w żaden sposób w „światową rewolucję populistów” pod wodzą Trumpa. Niespójna, głównie za sprawą Borisa Johnsona, reakcja na wybory w USA po raz kolejny podkopuje wiarygodność rządu Theresy May i stawia pod znakiem zapytania, czy jest on gotowy kierować krajem w bardzo trudnych czasach. Postępująca destabilizacja brytyjskiego systemu politycznego utrudnia relacje Londynu nie tylko z Ameryką Trumpa, ale z całym Zachodem, stawiając niegdysiejsze imperium w roli średniej wielkości państwa o poważnym kryzysie tożsamości.