Ostateczny upadek króla Zimbabwe? Wojsko przejmuje władzę w Harare

15.11.2017 – Wojciech Pawlus

W tym tygodniu bez wątpienia najważniejszym wydarzeniem świata anglojęzycznego są przetasowania na szczycie władzy w Zimbabwe – jednego z najbardziej ostracyzowanych, zamkniętych i niespełnionych krajów Afryki.

Do niedawna wydawało się, że rządzący krajem od prawie 40 lat, bezwzględny dyktator Robert Mugabe jest nieusuwalny. Ma on jednak 93 lata i należało się spodziewać, że młodsi liderzy będą wykonywać coraz więcej ruchów, by przygotować się do objęcia władzy po jego śmierci. W środę 15 listopada na ulice Harare, stolicy kraju, wyszły siły zbrojne, które zablokowały dostęp do sądów i parlamentu. Przedstawiciele wojska twierdzą, że nie przeprowadzają zamachu stanu, chcą jedynie wyeliminować wrogich krajowi „kryminalistów”. De jure Mugabe dalej pozostaje prezydentem, lecz zachodnia prasa sugeruje, że jego władza może się wkrótce zakończyć. Co tak naprawdę się dzieje i czy jest nadzieja na jakąkolwiek demokratyzację?

Krajem od lat rządzi Narodowy Związek Zimbabwe – Front Patriotyczny (ZANU-PF), choć podejmowano próby uczynienia z Zimbabwe kraju wielopartyjnego. W praktyce ZANU-PF było zawsze sprawnie zorganizowaną maszyną władzy, zrzeszającą popleczników Mugabego. W ostatnich latach w partii wytworzyły się jednak ośrodki skoncentrowane wobec potencjalnych następców prezydenta, a w szczególności jego 52-letniej żony Grace oraz byłego współtowarzysza broni z lat 70-tych, wiceprezydenta Emmersona Mnangagwy. Ta pierwsza, z wiadomych przyczyn, ma zdecydowanie największy posłuch u swojego męża. Ocenia się, że jej krąg poparcia, choć złożony z ludzi znacznie młodszych od Mugabego, jest dość mocno zakorzeniony w starym systemie. Ewentualne rządy Grace Mugabe byłyby więc przedłużeniem długiej tradycji autorytaryzmu w Zimbabwe. Z kolei Mnangagwa uważany jest za zwolennika liberalizacji i umiarkowanych reform. Wątpliwe jest jednak, by wspierał przemiany demokratyczne na model chociażby sąsiedniego RPA, tak ze względu na wiek, jak i wsparcie w strukturach bezpieczeństwa.

Interwencja wojska jest bezpośrednim rezultatem zwolnienia Mnangagwy i innych czystek w ZANU-PF – zapewne na skutek nacisków żony Mugabego. Uważany za równie nietykalnego, co sam prezydent Mnangagwa opuścił kraj, ale niedługo później szef sił zbrojnych Zimbabwe Constantino Chiwenga zagroził działaniami, jeśli sytuacja w partii rządzącej się nie poprawi. Swoje groźby zrealizował dość szybko, co może wskazywać na działania w porozumieniu z siłami przeciwnymi rządom małżeństwa Mugabów.

Trudno ocenić czy pucz armii Zimbabwe przyniesie znaczące zmiany w ustroju kraju. Nawet bez Mugabego ZANU-PF jest uważane przez rodaków za symbol walki z opresją rządu Rodezji, który uprawiał politykę apartheidu i sprzeciwił się dekolonizacji (wbrew stanowisku Wielkiej Brytanii) w latach 1965-1979. W Afryce walka z supremacją potomków białych kolonizatorów została zapamiętana bardzo pozytywnie, a przez pierwszą dekadę rządów Mugabe odnosił sukcesy gospodarcze i był uważany za nadzieję rozwijającej się Afryki. Wkrótce po zakończeniu Zimnej Wojny lewicowa polityka Mugabego przestała się jednak opłacać, a pogorszająca się sytuacja gospodarcza i izolacja kraju zamieniła go w oczach Zachodu w bezwzględnego tyrana. Kiedy Mugabe umrze lub zostanie odsunięty od władzy, wiele będzie zależało od tego, jakie stronnictwo przejmie po nim schedę. W obecnych warunkach zmiana może nastąpić jedynie na skutek wewnętrznych reform nomenklatury. W Afryce istnieją już państwa, które po długich latach dyktatury narodowowyzwoleńczej utworzyły systemy wielopartyjne. W zależności od kultury funkcjonują one lepiej (Ghana) lub gorzej (Kenia). Nie ulega wątpliwości, że nowy rozdział w historii Zimbabwe jest dziś bliżej niż się wydaje.

 

Na podstawie:

http://www.bbc.com/news/world-africa-41992351

http://bulawayo24.com/opinion/columnist/121614

https://www.irinnews.org/opinion/2017/10/13/zimbabwe-what-happens-after-mugabe