O mentalnym obliczu Wyszehradu: esej kulturowo-historyczny o wspólnocie i trudnych czasach

Prof. Csaba G. Kiss, Budapeszt
tłumaczenie: Rafał Łazur

Czy możemy w ogóle mówić o wspólnym mentalnym obliczu Wyszehradu? Przecież różnice między nami są wielkie, od Morza Bałtyckiego po Las Czeski bądź od Karpat po Wielką Nizinę Węgierską! Jeśli jednak człowiek trafi do szerszej społeczności międzynarodowej, wnet zorientuje się, że lepiej rozumie się z „rodakami” z Grupy Wyszehradzkiej niż z ludźmi z innych części Europy i świata. Wystarczy kilka wskazówek, aby poczuć się jak w domu. Podobieństwo w rozumowaniu oraz podobna mentalność szybko stają się oczywiste. Zwłaszcza charakterystyczny humor i autoironia. Oczywiście w tej swoistej mieszaninie znajduje się tradycja monarchii austro-węgierskiej, drobnomieszczaństwa niemieckiego lub żydowskiego, a także tradycja drobnej szlachty i chłopów, do której należy także pamięć o przeszłości narodowej z dziwnym połączeniem wyniosłości i kompleksu niższości.

 

Wielu chętnie twierdzi, że tożsamość złożona z ciągłych ofiar jest naszą cechą charakterystyczną. Z naszej współczesnej historii bez wątpienia wynika, że należymy raczej do przegranych niż do zwycięzców. Według słów Gézy Ottlika, klasyka literatury węgierskiej XX wieku: „Jesteśmy przyzwyczajeni do samotnego świętowania wielkich bitew, które przetrwaliśmy. Być może także przywykliśmy do postrzegania porażki jako bardziej ekscytującej, gęstszej materii ważniejszej od zwycięstwa – w każdym razie jako naszej prawdziwej przypadłości”. (Szkoła na granicy).

Nasze hymny narodowe różnią się między sobą ze względu na gatunek i intonację, ale w pewien sposób wszystkie odzwierciedlają pamięć o tragicznym losie narodowym. Jednym ze wspólnych wątków jest niebezpieczeństwo unicestwienia. Topos burzy można odnaleźć w słowackim i węgierskim hymnie narodowym. Nad Tatrami błyska się, gromy dziko biją. – tak Janko Matúska (1844), rozpoczyna swoją pieśń. W czwartej zwrotce Hymnu (1823) Ferenca Kölcseya interwencja Boga oznacza koniec chwalebnego okresu w węgierskiej historii:

I Twe gromy poczęły spadać
Na nas z nieba przepełnionego gniewem.

Czeski hymn Josefa Kajetana Tyla (1834) nawiązuje do siły, która jest w stanie zmierzyć się z unicestwieniem. Hymn Józefa Wybickiego powstał w 1797 roku, w okresie, kiedy Polska od dwóch lat była nieobecna na mapie politycznej Europy. Nieprzypadkowo Milan Kundera w swoim słynnym eseju „Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej” (1983) się do niego odwołuje:

Francuzi, Rosjanie czy Anglicy nie mają zwyczaju zabiegać o przetrwanie własnego narodu. Ich hymny mówią tylko o wielkości i wieczności, a hymn Polski zaczyna się od słów: Jeszcze Polska nie zginęła.

Pojawia się tu syndrom jeszcze. W głębi beznadziejności pojawia się promyk nadziei.

Nasza historia – lub nasze historie: biorąc pod uwagę różne, ale jednocześnie podobne narracje narodowe – charakteryzuje się brakiem ciągłości, to znaczy, nie można jej opowiadać jako historii w linii prostej. Raz po raz przerywała ją katastrofa, utracona niepodległość, tłumiły rewolucje, nasze walki o wolność. Pamięć o desperackiej walce z narzuconą władzą. W naszej świadomości współistnieje buntownicza tradycja, zniewolona mentalność ze zdolnością przetrwania oraz fala doświadczeń historycznych.

Na Zachodzie uważają nas za Wschód zaś na Wschodzie za Zachód – podsumowuje polski pisarz Stanisław Jerzy Lec. „Kraj-prom”, jak pisał węgierski poeta Endre Ady. To tak, jakby nasza historia była ciągłą podróżą od jednego wybrzeża do drugiego i z powrotem. Gdzieś na granicy, między centrum a peryferiami. To nie przypadek, że pozostała tu nieco silniejsza powyżej średniej europejskiej świadomość historyczna, nawet w XXI wieku.

Naszą typową wspólną postacią jest tułacz (tulák po czesku i słowacku) – który może być zagubionym wygnańcem ze swojej ojczyzny i pielgrzymem narodu. Mamy takich ikonicznych bohaterów, jak Janosik, słowacki zbójnik wyjęty spod prawa, który zabiera bogatym i daje biednym oraz Ludas Matyi (Maciek gęsiarz), węgierski pasterz gęsi, który sprytnie przechytrza umysły władców. Albo Polak Tadeusz Reytan, symbol beznadziejnego oporu, który rzucił się przed wejściem do Sejmu w proteście, gdy jego kraj został po raz pierwszy podzielony. Ostatnim, ale nie mniej ważnym jest nasz wspólny bohater: Szwejk, odważny żołnierz, który swoimi nieprześcignionymi metodami walczył z ograniczeniami i głupotą. Nasi bohaterowie walczący o wolność oraz więźniowie złudzeń razem widnieją na wspólnym panoramicznym obrazie.

Podobne doświadczenia historyczne i kulturowe wytworzyły podobne odruchy, do których przyczynia się często wspólna tożsamość mieszkańców regionu i przez dłuższy czas w większości społeczeństwa wiejskiego. Ciągłe wzajemne asymilacje i dysymilacje między nami – z punktu widzenia etnicznego i językowego. Ze splecionymi kulturami. Najlepszym przykładem jest analiza Austriaka (i Węgra!) Moritza Csáky‚ego o studium Béli Bartóka z 1942 r. na temat ciągłych interakcji węgierskiego i słowackiego folkloru muzycznego (On Race Purity in Music). W ten sposób powstała wspólna wirtualna przestrzeń, która jest najlepiej przedstawiona w naszej literaturze XX wieku z środkowoeuropejską odmianą absurdu – od Polaka Sławomira Mrożka i Czecha Václava Havla po Węgra Istvána Örkény‚ego. Nie mogę pominąć Słowaka Stanislava Štepka, który w swoich utworach, przerabiając dawne sztuki ludowe, pokazał cierpki uśmiech człowieka z Europy Środkowej, łącząc przy tym humor i autoironię.

Prawie półtorej dekady temu mój kolega slawista, Róbert Kiss Szemán, opisał homo visegradicus w następujący sposób:

…nieokrzesany w naturze, ale również bardzo gościnny, ostrożny i uważny, ale także żywy i zdolny do zwycięstwa, ponieważ zręcznie i optymistycznie patrzy w przyszłość.

Otrzymał również ostre uwagi na temat jego idealizmu – i tak nie bylibyśmy prawdziwymi mieszkańcami państw Grupy Wyszehradzkiej – ale moim zdaniem, biorąc pod uwagę dzisiejszą szczególną sytuację, możemy umieścić jego słowa nawet na naszych wizytówkach.

Na pewno wszyscy musimy zdać egzamin w nadchodzących tygodniach i miesiącach. Kraje, rządy, ale także społeczeństwa, wspólnoty i jednostki. Nie może być mowy o powszechnej odpowiedzialności. Nie chodzi też o powszechne współczucie. Działać dla dobra całej ludzkości – może to ładnie brzmi, ale to tak jakby uchylić się od odpowiedzialności, która jest potrzebna w interesie naszej węższej społeczności. W ostatnich dniach stało się jasne, że duże organizacje międzynarodowe nie znalazły wspólnych rozwiązań w czasie rozprzestrzeniania się epidemii. Oczywiste jest, że państwa narodowe wzięły na siebie ten obowiązek. Gdzieniegdzie lepiej, gdzieniegdzie gorzej sobie radzą. W późniejszym okresie zostaną rozliczone. Oczywiste jest, że zostały ożywione romantyczne poglądy na temat globalizacji i niepowstrzymanego rozwoju ludzkości. Jednak nie sposób sobie wyobrazić odpowiedź na tę sytuację, która uznałaby zamknięcie się za rozwiązanie. Rzeczywiście potrzebne są niezmiernie ważne, wzajemnie wzmacniające się relacje, szczególnie w regionie Europy Środkowej, której los zmienia się, a nasze wspólne interesy nadal wymagają współpracy.

Csaba G. Kiss – Profesor emerytowany Uniwersytetu Loránda Eötvösa w Budapeszcie, eseista, historyk literatury i kultury, ceniony uczony i polonofil, wykładał na Uniwersytecie Warszawskim, laureat nagrody Nowa Kultura – Nowej Europy im. Stanisława Vincenza.