Niemiecki politolog: Przyszłość ludzkości zależy od Krymu i Donbasu

Propaganda spowodowała, że Rosjanie popadli w jakiś rodzaj paranoi. Radykalizacja rosyjskiej ludności stanowi zagrożenie militarne dla całego świata – mówi Andreas Umland. Rozmowa została przeprowadzona 28 stycznia 2017 roku na 10. Forum Europa-Ukraina w Rzeszowie, zorganizowanym przez fundację Instytut Studiów Wschodnich (ISW).

DW: Dlaczego Rosja stara się pokazać Ukrainę jako kraj upadły?

Andreas Umland: By samemu przeżyć, system stworzony przez Putina prezentuje Rosjanom Ukrainę jako kraj, który chciał się zdemokratyzować, zeuropeizować, a stał się państwem upadłym. To ma być instrument, który go usprawiedliwia i legitymizuje.

DW: Znamy rosyjską propagandę prezentowaną w świecie przez telewizję Russia Today i portal Sputnik. Pan zaś mówi, że jest jeszcze silna propaganda rosyjska skierowana do samych Rosjan. Jaki ma ona sens?

To właśnie ta propaganda spowodowała, że Rosjanie popadli w jakiś rodzaj paranoi. Rozpleniły się teorie spiskowe i niemalże manichejski dualizm, według którego świat jest podzielony na przyjaciół i wrogów. To stabilizuje reżim, ale radykalizacja rosyjskiej ludności stanowi zagrożenie militarne dla całego świata.

DW: Można zrozumieć, że reżimowej propagandzie ulegali ludzie w Związku Radzieckim wobec ówczesnej izolacji. Jak jednak może być ona skuteczna dziś, w czasach Internetu?

Dzisiejsza propaganda jest o wiele bardziej przemyślana. Posługuje się wzorami psychologicznymi, bardzo skutecznymi narzędziami generowania bezradności, lęków, a także poczucia prześladowania i wystawienia na niebezpieczeństwo. Propaganda sowiecka nie była aż tak wyrafinowana, chociaż i dziś powielane są wzorce, które istniały już w Związku Radzieckim.

DW: Czy można jakoś przeciwdziałać tej propagandzie?

Jednym z najważniejszych instrumentów byłoby dostarczanie informacji rosyjskim emigrantom…

DW: Chce Pan powiedzieć, że Rosjanie nie muszą żyć w Rosji, by ulegać rosyjskiej propagandzie?

To zadziwiające, ale działa ona nie tylko na Rosjan w Rosji, lecz również na wielu członków diaspory. Można to dobrze zaobserwować w Niemczech.

DW: Czyli należałoby przerobić Radio Swoboda na telewizję?

Istnieje już kilka takich projektów, jak na przykład stacje telewizyjne RTVi [Russian Television International] i RTVD [Russisches TV Deutschland], czy też program wideo Deutsche Welle i podobne projekty w krajach bałtyckich. Ale to wciąż za mało, bo to są programy czysto informacyjne. Za mało w nich rozrywki, bo są zbyt skromnie finansowane.

DW: Czy istnieją jeszcze inne możliwości?

Drugim instrumentem powinno stać się wykorzystywanie rosyjskich sieci społecznościowych WKontaktie [В Контакте – W Kontakcie; vk.com] oraz Odnoklassniki [Одноклассники – Nasza Klasa; ok.ru]. Bo nie na fejsbuku czy twitterze, a właśnie tam zarejestrowane są miliony Rosjan. Ale zachodnie organizacje korzystają z nich jak dotąd zbyt rzadko, by prezentować alternatywne punkty widzenia.

DW: Czyli należy naśladować Rosjan i uprawiać tam trolling?

Nie, nie, wręcz przeciwnie! Żadnej kontrpropagandy, żadnego trollingu! Jedynie prawdziwe informacje. I po rosyjsku. A także dzieła artystyczne i filmy dokumentalne, które przedstawiają wydarzenia historyczne.

DW: Ale czy prawda nie jest zbyt nudna?

To kwestia pieniędzy. Jeśli będą godziwe honoraria, to znajdą się też telewizyjni prezenterzy, producenci, dramaturdzy i dokumentaliści, którzy będą umieli pokazać prawdę w atrakcyjny sposób.

DW: Myśli Pan, że zachodnim społeczeństwom rzeczywiście na tym zależy? Widzi Pan jakieś oznaki takiego myślenia w Niemczech?

Są tacy, którzy to rozumieją. Ale jak dotąd przeważa przekonanie, że te wydarzenia, czy to na Ukrainie, czy w Rosji, dzieją się bardzo daleko, niemalże na innej planecie. Mamy tu do czynienia z dysonansem poznawczym. Geografia i tak oczywiste fakty, jak arsenał nuklearny Rosji, są po prostu ignorowane.

DW: Czyżby chciał Pan powiedzieć, że przyszłość Unii Europejskiej zależy od Krymu i Donbasu?

Można pójść jeszcze dalej. Od Krymu i Donbasu zależy przyszłość całej ludzkości. W 1994 roku Ukraina zrzekła się [odziedziczonej po Związku Radzieckim] broni jądrowej i w zamian otrzymała w budapeszteńskim memorandum gwarancje bezpieczeństwa. Jej integralność terytorialna stała się załącznikiem do traktatu o nieproliferacji broni jądrowej. Wraz z jej obecnym naruszeniem, pogrzebany został również ten układ.

Albo jeszcze inaczej: Na Ukrainie, w Zaporożu, w pobliżu strefy walk w Donbasie, znajduje się największa elektrownia atomowa w Europie. Można to wprawdzie sprawdzić w każdym atlasie, ale nikt nie chce o tym mówić. „To jest przykra sprawa dla Ukrainy, ale z nami nie ma nic wspólnego”.

Ale gdyby tam, gdzie jest ta elektrownia, doszło do wojny i gdyby zdarzyło się coś podobnego jak w Czarnobylu w 1986 roku, wówczas nie zatrzyma się to na granicy między Unią Europejską a Ukrainą.

Coś takiego powinno interesować właściwie wszystkich ludzi na świecie. Ale te bardzo fundamentalne zagrożenia są pomijane!

Ten dysonans poznawczy musi zostać zlikwidowany. Wtedy u ludzi pojawi się naturalna gotowość, by przedsięwzięcia, o których mówiłem, finansować z ich podatków.

Rozmawiał Aureliusz M. Pędziwol

Źródło: DW