Łzy na Downing Street 10

Tomasz Dzbeński

Stało się. W piątek, 24 maja premier Wielkiej Brytanii, Theresa Mary May, premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, ogłosiła koniec swoich rządów. Rankiem przed drzwiami lokalu numer 10 przy Downing Street – chyba najbardziej rozpoznawalnym adresie na politycznej mapie Europy – w świetle kamer May oświadczyła, że jej droga jako premiera i lidera Torysów dobiegła końca, i że w piątek 7 czerwca 2019 roku zrzeknie się przywództwa partii. Szefem rządu pozostanie dopóki nie będzie wyznaczony jej następca.

W emocjonalnym oświadczeniu May stwierdziła, że odczuwa głęboki smutek z powodu niedoprowadzenia do końca procesu wyjścia UK z Unii. Robiła co mogła, by wynegocjować takie porozumienie, które pozwoliłoby na opuszczenie Unii, a zarazem chroniło miejsca pracy, bezpieczeństwo i Zjednoczone Królestwo. Łamiącym się głosem dodała, że jej ustąpienie z funkcji premiera leży w najlepiej rozumianym interesie narodowym.P

Premier May odchodzi w niesławie. Jako czwarty najkrócej urzędujący brytyjski szef rządu od czasów zakończenia drugiej wojny światowej. Jako polityk, której nie udało się przeprowadzić skutecznie Brexitu. Jako szefowa Konserwatystów, która nie zdołała zbudować we własnej partii mocnego poparcia dla swoich politycznych projektów. I w końcu jako polityk, której nie udało się znaleźć żadnej płaszczyzny porozumienia z opozycją.

Jeden z najgorszych wyborczych wyników w historii Torysów

Jej polityczna indolencja doprowadziła do olbrzymiego spadku popularności partii konserwatywnej. Pierwszy cios przyszedł przy okazji majowych wyborów lokalnych, w których Torysi stracili ponad 1300 mandatów. W wyborach do europarlamentu partia rządząca poniosła koleją klęskę – na Torysów zagłosowało mniej niż 9 procent wyborców – brytyjscy komentatorzy twierdzą, że jest to najgorszy wynik w historii partii konserwatywnej od dnia jej powstania w roku 1834. Torysi utracili 15 mandatów do Europarlamentu. Mimo, że Brexit jest już właściwie faktem, a wybrani posłowie nie przepracują w Brukseli całych kadencji – wyborcze fiasko jest bardzo bolesne.

Gwoździem do politycznej trumny premier była propozycja drugiego referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej. To wywołało gniew konserwatywnych posłów i bunt części ministrów. Piątkowe oświadczenie Theresy May zostało wymuszone przez wewnątrzpartyjny rokosz. Przewodniczący wpływowego komitetu 1922, Graham Brady, przedstawił jej ultimatum – odejdzie sama albo stanie przed kolejnym głosowaniem o wotum nieufności. Pani premier przeliczyła głosy i zdecydowała się ustąpić ze stanowiska.

Kiepska taktyka negocjacyjna

Teresa May okazała się słabym taktykiem – była nieprzejednana wobec opozycji zewnętrznej a zarazem potraktowała konserwatywnych zwolenników pozostania w strukturach EU jak sabotażystów, którzy przeszkadzają jej w prowadzeniu skutecznej polityki zagranicznej. Nie miała żadnej wizji tego, co może stać się z Wielka Brytanią po przeprowadzonym Brexicie – a jeśli ją miała, to nie umiała do niej przekonać ani swoich partyjnych kolegów, ani opozycjonistów z Izby Gmin.

W negocjacjach z Unią Europejską premier odbiła się od niewzruszonego wspólnego stanowiska prezentowanego przez unijnego negocjatora Michaela Baraniera. Nie udało jej się rozbić wspólnego stanowiska Niemiec i Francji oraz wynegocjować uprzywilejowanej pozycji w przyszłych stosunkach handlowych między UK a Unią.

Rezygnacja May otwiera możliwość ubiegania się o przywództwo partii konserwatywnej dla kilku graczy, którzy do tej pory pozostawali w jej cieniu. W tym ugrupowaniu jest wielu ludzi zdolnych udźwignąć ciężar odpowiedzialności za kierowanie partią. W kolejce do przywództwa od wielu miesięcy czeka Boris Johnson, czołowy eurosceptyk i zwolennik twardego Brexitu. Byli i obecni ministrowie rządu – Dominic Raab, Jeremy Hunt czy Matt Hancock także wyglądają swojej szansy. Im szybciej Theresa May ustąpi ze stanowiska szefa partii, tym lepiej dla Torysów. Czas odbudować konserwatywne skrzydło wyspiarskiej polityki, które tyle ucierpiało przez nieudolnie przeprowadzany Brexit.

Wielokrotnie cytowany brytyjski polityk i premier Henry Temple powiedział, że Wielka Brytania nie ma wiecznych wrogów ani wiecznych przyjaciół, ma tylko wieczne interesy. Zawsze ich twardo broniła i nimi się kierowała. O angielskim sposobie prowadzenie polityki zagranicznej można powiedzieć wiele rzeczy – że wyspiarze są politycznie niesłowni (tu kłania się nasz nieustający polski żal o zachowanie się Churchila w Jałcie) czy bezwzględnie oportunistyczni. Wielka Brytania zawsze była jednak w swojej polityce skuteczna – ostatnio już nie jako mocarstwo, nad którym nigdy nie zachodzi słońce, ale jako liczący się w międzynarodowej polityce gracz. Jednak obraz, jaki przekazała światu przez ostatnie trzy lata przeczy obrazowi państwa spójnego i skutecznego w swojej polityce. To obraz samoponiżenia.

May ustąpiła, ponieważ nie sprawdziła się w roli przywódcy na ciężkie czasy, a sytuacja polityczna, w której się znalazło Zjednoczone Królestwo po prostu ją przerosła. Nie stała się drugą Margaret Thatcher, choć niewątpliwie miała takie ambicje. Na długo zostanie zapamiętana seria jej fatalnych politycznych posunięć czy aż 36 ministerialnych rezygnacji, do których doszło pod jej rządami.

Nie należy zapominać, że podczas swoich rządów Theresa May podjęła istotne działania by ograniczyć deficyt czy zmniejszyć procent bezrobocia. Jednak w nowoczesnej historii na zawsze zapisze się jako polityk, która nie umiała skutecznie przeprowadzić największej operacji polityczno – logistycznej XXI wieku – Brexitu.