Koniec enarchii we Francji?

Grażyna Śleszyńska

Francuzi nazywają „enarchią” specyficzną formę oligarchii morderczo ambitnych, żądnych władzy i pieniędzy elit. Zjawisko krytykowane i piętnowane od lat, uosabiające arogancję i ślepotę na potrzeby zwykłych ludzi obnażył dopiero gniew żółtych kamizelek, dla których elity są wrogiem publicznym. Pod ich wpływem powstał projekt ułatwienia dostępu uboższym kandydatom do najlepszych uczelni.

Gdy 15 lat temu kończył Ecole Nationale d’Administration (ENA), Emmanuel Macron był wśród sygnatariuszy petycji do rektora, postulującej reformę tej elitarnej uczelni kształcącej kadry dla francuskiej służby cywilnej. Teraz, w rezultacie „wielkiej narodowej debaty” zainicjowanej pod wpływem niegasnących protestów ruchu żółtych kamizelek, chce tę reformę wcielić w życie.

Prestiżowe uczelnie istnieją wszędzie na świecie, ale status ENA w zakresie przełożenia na politykę jest niepowtarzalny, nawet w porównaniu z amerykańską „Bluszczową Ligą” czy brytyjskim Oksfordem. Dwuletnie studia podyplomowe (przedtem kandydat musi ukończyć studia wyższe z tytułem magistra) otwierają drzwi do kariery w polityce i biznesie. Dość powiedzieć, że 4 z 8 prezydentów V Republiki i 8 z 22 premierów, w tym obecny, Edouard Philippe, ukończyło ENA. „Enarkowie” (énarques) tworzą obsadę banku centralnego, ministerstwa finansów, kancelarii prezydenta, partii politycznych, wywiadu, Rady Konstytucyjnej, strategicznych spółek Skarbu Państwa i szeregu najlepiej płatnych stanowisk w biznesie prywatnym. Chętnych są tysiące, a konkurencja – przy 80 miejscach – mordercza.

Kiedy Charles de Gaulle zakładał ENA w 1945 r., szukał przeciwwagi dla nepotyzmu, z którym zetknął w okresie IV Republiki, czyli przed wojną. Chciał, aby dobór elity politycznych odbywał się na podstawie rzetelnej konkurencji ludzi zdolnych i oddanych idei służby państwu. Merytokracja to słowo-klucz, które legło u podstaw idei De Gaulle’a. Nowa uczelnia, oparta o jednolite i obiektywne standardy, miała przyciągać młodych absolwentów, motywowanych szlachetnym powołaniem do służby publicznej dla odbudowania potężnej Francji po latach upokarzającej okupacji.

Z biegiem lat merytokracja, która przyświecała idei De Gaulle’a, wyrodziła się w coś, co Francuzi nazywają „enarchią”, a co oznacza specyficzną formę oligarchii morderczo ambitnych, żądnych władzy i pieniędzy elit. Ten zaklęty krąg dygnitarzy zmonopolizował dostęp do służby cywilnej. O władzy „enarchii” od dawno mówiło się we Francji krytycznie. Dopiero jednak gniew żółtych koszulek, dla których elity są wrogiem publicznym, zadziałał katalizująco. W świadomości społecznej énarque zaczął uosabiać arogancję elit, ślepych na potrzeby na zwykłych ludzi.

Reforma jest więc potrzebna. Nie powierzchowna, polegająca na zmianie źle kojarzącej się nazwy, ale dotykająca samych fundamentów szkolnictwa wyższego w ogóle. Problemem jest przede wszystkim polityka rekrutacji do tzw. grandes écoles, czyli wielkich w znaczeniu elitarnych państwach szkół wyższych. Chodzi o to, by otworzyć szerzej drzwi dla kandydatów z ubogich domów, których nie stać na nauke w tzw. prepas – kursach przygotowujących do egzaminu wstępnego. Absolwenci ENA mają zagwarantowane miejsce w korpusie służby cywilnej, tzw. grand corps, zgodnie z listą rankingową. Oczywiście wszyscy z danego rocznika znają się, z jednej strony rywalizują między sobą o to, kto szybciej pójdzie w górę, a z drugiej – tworzą środowiska o charakterze kastowym.

Republikańscy énarques przypominają znienawidzoną, przedrewolucyjną noblesse de robe – urzędników królewskich pochodzenia mieszczańskiego, którzy dochrapali się tytułów szlacheckich, tyle że jedwabne rajstopy i togi zamienili na nienagannie skrojone garnitury. Na ich szczęście, mamy XXI wiek i gilotyna im nie grozi. A mówiąc poważnie, Emmanuel Macron jako były énerque zna problem od podszewki. Pytanie, czy będzie potrafił dokonać sensownej zmiany, który będzie czymś więcej niż tylko pozorowanym ruchem w geście samoobrony przed wzburzonym ludem.