Jeśli podsumowanie roku, to tylko w Krynicy

Po dobrze wykonanej pracy, w każdej profesjonalnej organizacji przychodzi czas na jej ocenę oraz podsumowanie. Jeśli można to zrobić w pięknych okolicznościach przyrody, a przy okazji postawić na integrację zespołów, to tylko wartość dodana. Nic dziwnego, że wszystkie zespoły działające pod auspicjami Instytutu Studiów Wschodnich spotkały się w miejscu, które dobrze znają, choć często tylko z jednej perspektywy – w Krynicy-Zdroju.

Jesień to idealna pora, żeby odwiedzić Sądecczyznę. Krajobraz nabiera kolorytu doskonale znanego z pocztówek wysyłanych z gór, które nutką tajemniczości otacza mgłą. Ostre poranne słońce i powietrze, którego haust pozwala w kilka sekund zapomnieć o porannym ziewaniu. I czerwono-granatowe niebo od słońca, które powoli chowa się za wierchem Jaworzyny Krynickiej. W takim krajobrazie integracja musi przebiegać wzorowo. Dla zespołu ISW to była także możliwość poznania „Krynicy nieznanej”, która nie żyje rytmem wyznaczanym przez Forum Ekonomiczne i Festiwal Biegowy. Krynicy śladami Nikifora i kultury, w której strój oznacza społeczną rangę. Wszystko to okraszone było pierwszego dnia spotkania kroplą znanych w całej Polsce wód – Zuber i Słotwinka. Krynicki deptak bez pawilonów medialnych i pijalnia odpoczywająca po trudach przyjęcia setek gości Forum Ekonomicznego mają inną, spokojniejszą duszę. Wszędzie słychać rozmowy, choć już nie o polityce i ekonomii, ale przede wszystkim o zdrowiu i walorach tutejszych zabiegów uzdrowiskowych. To jedna z tych niewielu szans w roku, żeby ludzie pracujący na co dzień nad programem merytorycznym Forum Ekonomicznego zobaczyli jak miasto wygląda „saute”. Ponieważ czas integracji prędzej czy później musi skończyć się zabawą – tej także nie zabrakło. W instytutowym karaoke prym wiodły najlepsze gardła, ale na szczęście to konkurencja, w której idąc za głosem Jerzego Stuhra – śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej. Ci, którzy się na to nie zdecydowali, mieli więcej czasu, żeby delektować się góralską kuchnią.

Drugi dzień to przede wszystkim prezentacja wszystkich działów i projektów Instytutu Studiów Wschodnich w połączonych zespołach z Warszawy, Krynicy i Nowego Sącza. Zaczął się jednak od poznawania i smakowania polsko-słowackiego pogranicza. Zabytkowa cerkiew w Przewoźniku była pierwszym punktem na mapie wycieczki. Po niej tajemnicza mofeta w Tyliczu – wybryk natury, „oddech diabła”. Na farmie LaMa po trudach mroźnego poranka czekała mała czarna, dla niektórych z kleksem mleka. Bath Macatee, która jest jej właścicielką zamieniła nowojorską Wall Street na te okolice i poczyniła solidne zakupy. Miejsca dla wszystkich jej zwierząt wystarczy, bo na oko areał liczy kilkaset hektarów.

O jeden rzut kamieniem od Tylicza znajduje się Bardejów. Lecący kamień po drodze przekracza polsko-słowacką granicę w Muszynce. O małej wiosce pewnie nikt by nie słyszał, gdyby nie Joanna Kulig, która jest jedną z faworytek do zgarnięcia przyszłorocznego Oscara. Gdyby słynna Akademia przyznawała nagrody za liczbę ołtarzy w kościołach, to duże szanse miałby kościół Świętego Idziego w Bardejowie. Oprócz tego głównego jest tak sześć innych ołtarzy, a każdy z nich ma swoją ciekawą historię. Bardejowski rynek świecił pustkami. Podobno jak zwykle, kiedy na Słowacji w kalendarzu widać czerwoną kartkę. Tak 17 listopada świętuje się Dzień walki o wolność i demokrację, który historia zapamiętała jako początek tak zwanej „aksamitnej rewolucji”. Swój pomnik na rynku i poczesne miejsce oznaczone nawet pomnikiem mają także bardejowscy kaci. Kiedyś był to podobno tak szanowany w mieście zawód, że człowiek, dla którego niejeden stracił głowę, zasiadał w kościele w specjalnej ławie, tuż obok biskupa. A że na rynku tradycja łączy się z nowoczesnością, najlepiej widać dokładnie po przekątnej. Tam znajduje się uliczka Johna Lenonna. Wieść niesie, że właściciel domu, na którym dumnie wisi tablica z nazwą – Pavel Zajac, tak długo wiercił w brzuchu dziurę władzom miasta, że te w końcu zgodziły się na nadanie uliczce imienia słynnego Beatlesa. Jest to pewnie jedna z najkrótszych ulic świata, jeśli nie najkrótsza, bo rozciąga się na długości, bagatela, jednego domu! Jeszcze tylko kilka kęsów zapiekanego sera, który od lat jest specjalnością kuchni słowackiej i można było ruszać do Bardejowskich Kupeli.

Siostrzane uzdrowisko Krynicy-Zdrój ma nawet tak samo zaprojektowany Dom Zdrojowy. Różnica jest jedynie w położeniu i wielkości. Na Słowacji pijalnie wód i miejsca zabiegów otacza duży park, który zdobi przede wszystkim pomnik cesarzowej Elżbiety Bawarskiej. Ci, którzy z historią są na opak, powinni znać ją z imienia, którym zapisała się nawet w popkulturze – dla rodziny i przyjaciół była po prostu „Sissi”. Po serowym obiedzie przyszedł także czas na deser. Bardejowskie oblaty, które w wolnym tłumaczeniu są dwoma sklejonymi opłatkami z nadzieniem w środku, potrafiły zaskoczyć nawet smakiem kaktusa z figą.

Głównym daniem dnia były jednak wieczorne prezentacje wszystkich działów pracujących przy organizacji Forum Ekonomicznego, a także wielu osób, które te działania koordynują na miejscu. I tak po kolei zainteresowani zobaczyli prezentacje: Biura Przewodniczącego Rady Programowej, działu programowego, współpracy z samorządem, marketingu, finansowego, marketingu, organizacyjnego, ekipy z Krynicy i Nowego Sącza, Fundacji Sądeckiej, biura prasowego i Festiwalu Biegowego. To, co zgodnym chórem podkreślali wszyscy, to możliwość poznania się i specyfiki swojej pracy. Na co dzień znając się tylko przez telefon, w takiej chwili podobną owację dostał zarówno frontman Forum Ekonomicznego – Przewodniczący Zygmunt Berdychowski, jak i osoby spokojnie wykonujące swoją pracę w drugim szeregu, odpowiedzialne za budowę sal seminaryjnych, prąd czy nawet pracę drukarek. Zwieńczeniem wieczoru był koncert lokalnej gwiazdy – Kordiana.

Niedziela to dzień tradycyjnej mszy dziękczynnej i powrotu do domu. Od poniedziałku przygotowania do kolejnego Forum Ekonomicznego w 2019 roku, można było uznać za oficjalnie rozpoczęte.