Integracja europejska wstrzymana, w tle francusko-niemiecka przepychanka, a następstwa mogą być geopolitycznie kosztowne

Grażyna Śleszyńska

Emmanuel Macron zafundował Albanii i Macedonii Północnej zimny prysznic, blokując otwarcie negocjacji akcesyjnych z dwoma krajami bałkańskimi. „To nie jest chwalebna chwila dla Europy. Nie zdziwmy się, jeśli inne mocarstwa będą odgrywać większą rolę w tym regionie w przyszłości” – gorzko podsumował sytuację komisarz ds. rozszerzenia Johannes Hahn, świadomy, że decyzja Unii Europejskiej wzmocni pozycję Rosji i Turcji. Wtórują mu w Skopje i Tiranie, wskazując, że zatrzymanie ich w europejskiej poczekalni stwarza ryzyko destabilizacji regionalnej.

O ile Francja jest jedynym krajem, który sprzeciwił się rozpoczęciu negocjacji z Macedonią Północną, o tyle w przypadku Albanii zaoponowały także Dania i Holandia. Oba kraje miały już nadzieję na zielone światło w czerwcu 2018 roku. Decyzja jest szczególnie gorzka do przełknięcia dla Macedonii Północnej (2,1 miliona mieszkańców), która ma oficjalny status kraju kandydującego od 14 lat, a w czerwcu, specjalnie z myślą o integracji europejskiej, rozwiązała historyczny spór z Grecją. W nagrodę za kompromisowe rozstrzygnięcie w postaci zmiany nazwy państwa z Macedonii na Macedonię Północną premier Zoran Zaev miał nadzieję, że negocjacje akcesyjne w końcu się rozpoczną.

Od czasu swojego wystąpienia w Parlamencie Europejskim, w kwietniu 2018 roku, Emmanuel Macron opowiada się za tym, aby kolejne rozszerzenie poprzedziła reforma Unii. Oczywiście Francja nigdy nie była wielkim entuzjastą procesu rozszerzenia o kraje byłego bloku wschodniego, a zwłaszcza kosztownej akcesji Polski. Jacques Chirac, za którego 14-letniej prezydentury Polska prowadziła negocjacje akcesyjne, nigdy nie ukrywał sceptycyzmu. Obecnie, 15 lat po historycznym rozszerzeniu Unii, Macron chce, by biletem wstępu do niej była gotowość do przyjęcia euro. Mówi o potrzebie hierarchizacji członkostwa we Wspólnocie, od twardego jądra francusko-niemieckiego, przez kraje strefy euro, po peryferyjną resztę państw, a więc Europę nawet nie dwóch, a trzech prędkości.

W drugiej połowie 2008 roku Francja sprawowała z pompą przewodnictwo w EU. Prezydent Nicolas Sarkozy postawił sobie za punkt honoru doprowadzenie do przyjęcia nowego traktatu po tym jak tak zwana Konstytucja dla Europy, została odrzucona w referendach we Francji i Holandii. Dwa i pół roku pracy Konwentu pod przewodnictwem Valery’ego Giscard d’Estainga i kolejny rok negocjowania ostatecznego kształtu dokumentu poszło na marne. Zapisy dotyczące głosowania (podwójna większość 55% krajów reprezentujących 65% ogółu ludności Wspólnoty) przetrwały i zostały wpisane do Traktatu z Lizbony 2009 roku. Od tego czasu minęła dekada, naznaczona serią wstrząsów: kryzys strefy euro, kryzys migracyjny, Brexit, wzrost tendencji nacjonalistycznych i populistycznych, wreszcie kryzysy w polityce międzynarodowej: Arabska Wiosna, Rewolucja Godności na Ukrainie, aneksja Krymu i wojna w Donbasie, wojna w Syrii, kryzysu jedności transatlantyckiej po wyborze na prezydenta USA Donalda Trumpa.

Obejmując mandat prezydencki dwa lata temu, Emmanuel Macron liczył, że uda mu się naoliwić zastały mechanizm francusko-niemieckiego tandemu i wprawić go w ruch po swojej myśli. Wprzęgnięcie Niemiec we francuską koncepcję reformy instytucjonalnej Unii okazało się jednak trudniejsze niż przypuszczał. Ani bowiem Angela Merkel, znana ze swojej ostrożności i niemal chemicznej analizy problemów, ani Annegret Kramp-Karrenbauer nie palą się do realizacji jego reformatorskich pomysłów – uwspólnotowienia w ramach Eurolandu długu publicznego i gwarancji depozytów bankowych, standaryzacji systemów socjalnych i jednolitego wymiaru płacy minimalnej – które uważają w najlepszym razie za nieprzemyślane i zrodzone z potrzeby chwili. Napotykając na mur niezrozumienia ze strony Niemiec, sfrustrowany Macron zaczyna prowadzić samodzielną grę, polegającą, między innymi oczywiście, na blokowaniu dalszego rozszerzenia Wspólnoty.

Wstrzymując otwarcie rozmów akcesyjnych, UE straciła wiarygodność na Bałkanach. Albania i Macedonia Północna spełniły wszystkie wymogi tylko po to, by na finiszu usłyszeć: wybaczcie, zmieniły się reguły gry, spróbujcie następnym razem. Daje to zły sygnał będącym już w procesie negocjacji akcesyjnych Serbii i Czarnogórze. Tym samym UE abdykuje, dobrowolnie oddaje pole Rosji i Turcji.