Francja płonie

Grażyna Śleszyńska

Kiedy Emmanuel Macron zakładał En Marche, przemianowany z czasem na La République en Marche (LREM), był to oddolny ruch obiecujący odnowę życia politycznego, opanowanego przez partyjny establishment. Dzisiaj, 18 miesięcy od zwycięstwa w wyborach prezydenckich, stoi w obliczu głębokiego kryzysu.

Protest przeciwko wyższym podatkom na paliwo przerodził się w bunt przeciwko prezydentowi. Widownią zamieszek stały się Pola Elizejskie w okolicach Placu Gwiazdy. Podpalane i przewracane samochody, demolowane witryny sklepowe, napisy „Macron, odejdź” na Łuku Triumfalnym, starcia z policją. Region paryski nie widział niczego podobnego od czasu zamieszek w 2005 roku, które dotknęły przedmieścia i zakończyły się ogłoszeniem stanu wyjątkowego. Po serii spotkań kryzysowych z ministrami, Macron ugiął się pod żądaniami zbuntowanej ulicy. Nie miał alternatywy, biorąc pod uwagę skalę protestów tak zwanych żółtych kamizelek.

Rozruchy uliczne nie są dla Francji niczym obcym. Wystarczy przypomnieć rewoltę studencką z maja 1968 roku, Wielką Rewolucję z 1789 roku, która obaliła ancien regime, czy wreszcie rewoltę chłopską znaną pod nazwą Żakeria z 1358 roku. Można nawet powiedzieć, że uliczne protesty są częścią francuskiego życia społecznego. Tym, co wyróżnia bunt żółtych kamizelek, jest ich pojawienie się „znikąd”, za pośrednictwem mediów społecznościowych. Nie są one produktem zorganizowanych związków zawodowych ani partii politycznych. Ich rozproszona i pozbawiona przywódcy struktura sprawia, że ​​są silne, nieprzewidywalne i trudne do opanowania przez policję i rząd. Nie przestrzegają powszechnie przyjętych reguł protestu. Mimo że rząd wycofał się z podwyższenia akcyzy na paliwo, co było pierwotnym żądaniem wystąpień ulicznych, protesty powtórzyły się 8 grudnia nie tylko w Paryżu, ale także w innych miastach Francji. Pokazuje to jak głębokie jest podłoże problemu. Podwyżka akcyzy była tylko iskrą rzuconą na beczkę prochu. Sytuację utrudnia fakt, że rząd nie ma z kim rozmawiać.

Około 75% Francuzów popiera żółte kamizelki. Siła publicznego wsparcia zdaje się wynikać ze współczucia dla ludzi, walczących, by związać koniec z końcem i poczucia, że ​​prezydent się tym nie przejmuje. Tych, którzy osiągają średnie dochody, dojeżdżają do pracy autem, żyją od pierwszego do pierwszego, a przede wszystkim nie głosowali na Macrona w pierwszej turze w 2017 roku. Wściekłość budzą reformy podatkowe. Zeszłoroczna decyzja o zniesieniu podatku od majątku, wraz z obniżkami podatków dla przedsiębiorstw i dochodów z inwestycji, miała na celu pokazanie, że Francja nie jest już wrogo nastawiona do tworzenia dobrobytu, a do Macrona przylgnęła łatka „prezydenta bogatych”.

Macron chciał stworzyć nową narrację. Odblokować to co, wydawało się nie do ruszenia. Zabrakło jednak społecznej wrażliwości w jego programie reform. Wrażenie to potęgują tylko fatalne wizerunkowo incydenty. Uskarżającemu się na swój los bezrobotnemu Macron odparował, że praca gdyby tylko przeszedł na druga stronę ulicy, to znalazłby od ręki pracę, a emerytowi narzekającemu na warunki życia kazał brać przykład z hartu ducha generała de Gaulle’a.

Macron założył LREM dlatego, że rozumiał rozczarowanie utrwaloną polityką. Teraz to rozczarowanie obróciło się przeciwko niemu. Najbliższe tygodnie pokażą, czy nie jest za późno, aby przywrócić jego wiarygodność i odzyskać kontrolę nad swoim programem reform.