Emmanuel Macron wzywa do renesansu Europy

W przededniu wyborów do Parlamentu Europejskiego Emmanuel Macron podjął próbę odrobienia straconego czasu i szansy na objęcie przywództwa w UE. Przez ostatnie trzy miesiące prezydent Francji, który wcześniej nie stronił od aktywności międzynarodowej, prawie nie opuścił kraju. Za to przemierzał wzdłuż i wszerz Francję w ramach „wielkiej narodowej debaty”, mającej na celu spacyfikowanie ruchu żółtych koszulek. W końcu jednak oderwał się od spraw wewnętrznych, publikując z pompą (22 językach i 28 gazetach na całym kontynencie) odważny manifest wzywający do renesansu Europy.

Apel do obywateli Europy przypomina technikę stosowaną przez Macrona podczas jego kampanii wyborczej w 2017 roku, a polegającą na bezpośrednim zwracaniu się do wyborców, zgodnie z ideą demokracji oddolnej. Odezwa jest imponująca, zarówno ze względu na symbolikę, jak i treść. Macron zwrócił się nie do kolegów-głów państw i rządów, lecz do „obywateli Europy”, nie wyłączając z tego grona Brytyjczyków, którym otwarcie powiedział, co sądzi o Brexicie: – Kto powiedział Brytyjczykom prawdę o ich przyszłości po Brexicie? Denis MacShane – były minister spraw europejskich Zjednoczonego Królestwa, ocenił manifest Macrona jako „najbardziej niezwykłą ingerencję w politykę europejską” odkąd Winston Churchill wezwał Europę do utworzenia Wspólnoty Europejskiej po drugiej wojnie światowej.

Proeuropejskość Macrona jest znana od dawna. Podstawowym celem przyświecającym manifestowi Macrona jest zachowanie „cywilizacji europejskiej” – w domyśle – zagrożonej przed tym, co nazywa „trądem nacjonalizmu”. Kiedyś oświadczył nawet, że jeśli populiści postrzegają go jako swojego głównego przeciwnika, to mają rację. Teraz próbuje zebrać tych, którzy martwią się rosnącymi wpływami nacjonalizmu, niezależnie od tego, w jakim kraju europejskim się znajdują. Zjednoczenie Narodowe (dawniej Front Narodowy) – partia populistyczna kierowana przez Marine Le Pen, natychmiast potępiło „postnarodową wizję” Macrona, w której ani razu nie wspomniał o Francji. Jednak pod wieloma względami manifest Macrona został zaprojektowany właśnie w odpowiedzi na obawy populistów. Macron, który od dawna mówi o „Europie, która chroni”, aż 13 razy używa w nim słowa „chroń”. Obiecuje wzmocnienie granic zewnętrznych przed zagrożeniem nielegalną imigracją. Chce wznowić debatę nad strefą Schengen, domagając się, aby wszystkie kraje, które do niej należą, dzieliły ciężar związany z przyjmowaniem azylantów. Proponuje reformę polityki handlowej, aby wyrównać szanse w konkurencji z Ameryką i Chinami. Chce powołać Europejską Radę Bezpieczeństwa, która obejmie swoim zasięgiem Wielką Brytanię po Brexicie, Europejski Bank Klimatyczny oraz Europejską Agencję Ochrony Demokracji (przeciwko zagrożeniu cyberatakami i manipulacjom).

Pomysły Macrona zawarte w manifeście są oczywiście hasłowe i na tyle niejasne, że pozostawiają szerokie pole do dyskusji. Uderza brak choćby wzmianki o reformie strefy euro (która utknęły w martwym punkcie ze względu na upór Niemiec) i o armii europejskiej, której niechętna jest Polska i kraje bałtyckie. Najbardziej kontrowersyjną, wymierzoną w rządy w Warszawie i w Budapeszcie, propozycją jest uzależnienie członkostwa w Schengen od zgody na przyjmowanie osób ubiegających się o azyl.

Manifest Macrona spotkał się z ciszą w Niemczech. To rodzi pytanie o tandem francusko-niemiecki, a przede wszystkim o to, czy on jeszcze w ogóle istnieje. Macron może nie zna wszystkich odpowiedzi, może niektóre z jego pomysłów są niedookreślone czy fantastyczne. Jedna Europa potrzebuje dziś silnego głosu w obronie liberalnego porządku. Problemy wewnętrzne sprawiły, że Macron przez dłuższy czas stał na uboczu. Nie porzucił jednak swoich ambicji w stosunku do Europy ani nie wyczerpał pomysłów na ich osiągnięcie.