Dokąd zmierzasz Brytanio? Czy planowany w tym miesiącu formalny Brexit zniszczy Królestwo?


02.03.2017 – Wojciech Pawlus

Naprawdę trudno zaprzeczyć wkładowi Zjednoczonego Królestwa w historię ludzkości. Zarówno pod względem politycznym, jak i naukowo-kulturowym. Wydarzenia pierwszych miesięcy 2017 roku nieuchronnie wskazują jednak na samospełniającą się przepowiednię zakończenia tego zapoczątkowanego na przełomie XVIII i XIX wieku projektu. Poczynania rządu Theresy May, wbrew tradycyjnej angielskiej konstruktywnej rozwadze, mają niewiele wspólnego z rozsądkiem. Są przedłużeniem snu o utraconej potędze reprezentowanym przez najbardziej radykalne skrzydło Partii Konserwatywnej, które swoją odrealnioną ideologią zdołało zarazić większość kolegów. Problem w tym, że kiedy Wielka Brytania opuści Unię Europejską to nagle ideologia zostanie skonfrontowana z twardą rzeczywistością ekonomiczno-polityczną.

Pierwszym aspektem jest tu integralność terytorialna brytyjskiego państwa. Przy słabnącym znaczeniu Londynu na arenie międzynarodowej oraz spadającej koniunkturze, która nastąpi w wyniku zerwania systemu współpracy ekonomicznej z kontynentem, dążenia odśrodkowe poszczególnych państw narodowych królestwa nasilą się. Pod koniec lutego Szkocka Partia Narodowa zapowiedziała, że twardy Brexit nie służy interesom mieszkańców Szkocji i nie uwzględnia w żadnym zakresie ich głosu by pozostać we wspólnocie europejskiej. Wobec tego partia planuje już w 2018 roku przeprowadzić drugie referendum niepodległościowe. Można mieć wątpliwość, czy sympatia do UE jest w stanie w takim referendum przeważyć. O wiele ważniejszym aspektem jest właśnie bezkompromisowość May, która przypomina najgorsze dni angielskiej supremacji wobec narodów podbitych na Wyspach. Tożsamość brytyjska, jest w jej wydaniu przede wszystkim emanacją zakamuflowanej i stłumionej tożsamości angielskiej. Anglia ma dominować w domu i rozdawać karty na świecie, a ponieważ nie ma takiej autonomii jak pozostałe kraje  związkowe to funkcjonuje de facto jako podmiot równoważny z rządem centralnym. Szanse Szkotów na niepodległość rosną właśnie dlatego, że Brexit staje się angielską sprawą narodową.

Kolejnym zagrożeniem dla istnienia monarchii brytyjskiej są komplikujące się relacje z Irlandią oraz słabnący wpływ na wydarzenia w Irlandii Północnej. W chwili obecnej odbywają się przedwczesne wybory do zgromadzenia legislacyjnego w Belfaście. Były Pierwszy Minister Północy Peter Robinson zaapelował o spokój i poszanowanie dla osiągnięć funkcjonujących po 1998 roku struktur państwa. Jest to dziwne w obliczu zakończenia koalicji przez Sinn Féin w związku z dość prozaicznymi lokalnymi działaniami politycznymi innej partii. Prawdziwym powodem może być jednak próba przekonfigurowania sił tak by to Republikanie sprawowali władzę w momencie Brexitu. W sytuacji kiedy to UE jest głównym gwarantem i sponsorem pokoju na wyspie, ludność w hrabstwach przygranicznych nie chce zamknięcia granic, a Dublin wyraźnie opowiada się po stronie Brukseli pomimo powiązań handlowych z Londynem, pojawia się duża okazja dla przeprowadzenia „Border Poll”. Jest to referendum przewidziane w porozumieniu wielkopiątkowym, które może nastąpić, gdy większość mieszkańców Irlandii Północnej będzie opowiadać się za zjednoczeniem wyspy. W wypadku gdyby referendum w Szkocji w 2018 roku się powiodło, to lojalistom w Belfaście będzie bardzo trudno uzasadnić unię z Anglią. Warto zwrócić uwagę, że najbardziej zagorzali monarchiści w Irlandii są potomkami angielskich kolonizatorów z okresu średniowiecza i wczesnego renesansu. Obrona ich praw do ziemi w Irlandii w XX wieku zakończyła się rozlewem krwi. Jeśli rząd Konserwatystów w Londynie stanie się rzeczywiście orędownikiem sprawy angielskiego nacjonalizmu to niestety możemy być świadkami ponownej „bałkanizacji” Irlandii. Wątpliwe jest by tym razem, w nowych warunkach geopolitycznych, Londyn utrzymał kontrolę nad tym terytorium.

Westminster ma bardzo skomplikowaną sytuację na własnym podwórku. Na Forum Europejskim również przegrywa na każdym kroku. W dodatku Izba Lordów zablokowała ustawę o Brexicie kierując ją do poprawki – chodzi o to, żeby w procesie rozwodu z UE zagwarantować prawo do rezydencji obywatelom UE przebywającym w Wielkiej Brytanii, w zamian za taki sam status dla Brytyjczyków na kontynencie. May jednak nie chce dawać takiej gwarancji ustawą, bo zakłada, że musi mieć kartę przetargową w negocjacjach z Brukselą. 27 państw po drugiej stronie stołu trzyma jednak wspólny front i nie chce na razie w ogóle rozmawiać, dopóki proces Brexitu nie zostanie formalnie uruchomiony. W dodatku Przewodniczący KE Jean-Claude Juncker zaprezentował właśnie 5 scenariuszy przyszłości UE (tzw. białą księgę), które Brexit traktują jako jednorazowe potknięcie niewarte uwagi. Na Londyn nie czeka żadna oferta specjalna, a wspominając działania Davida Camerona w trakcie kampanii referendalnej, Brytyjczycy nie są również w stanie skutecznie zabiegać o swoje interesy w Brukseli. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że nieco przewartościowują indywidualne znaczenie swojego rynku.

Ostatecznie, Premier May opierając się na wyimaginowanej „woli ludu”, którą stanowił głos 51% uczestników referendum konsultacyjnego (!) może wyjść jak Zabłocki na wielkim tragicznym mydle. Szefowa rządu próbuje ugrać kapitał polityczny dla Partii Konserwatywnej, względem radykalnej populistycznej prawicy z UKIP, oraz zaspokoić ambicje tych posłów, których dzieciństwo i młodość przypadły na lata 50-te XX wieku. Czy warto to robić w sytuacji, gdy takie podejście może zaowocować rozpadem kraju, jego marginalizacją na arenie międzynarodowej i regresem ekonomicznym? Czym przyjdzie wobec tego rządzić May po Brexicie? Unią Anglio-Walii? Warto wierzyć, że w pewnym momencie rozsądni przedstawiciele brytyjskich elit (w rodzaju sędziów sądu najwyższego, czy członków Izby Lordów) zdołają ograniczyć determinację rządu. Ten ostatni sprawia wrażenie jakby uwierzył, że na dole przepaści znajduje się rajski ogród. I z radosną wiarą oraz entuzjazmem skoczył z urwiska bez paralotni.