Demonstracje w druga rocznicę „Referendum 1-O” w Katalonii

Izabela Niedziałek

„Droga do katalońskiej republiki jest nieunikniona. Chcemy ją budować w sposób pokojowy i dla wszystkich”. To słowa, które padły z ust przewodniczącego katalońskiego regionalnego rządu Generalitat de Catalunya. Usłyszeli je uczestnicy obchodów drugiej rocznicy referendum w sprawie niepodległości regionu, które miała miejsce 1 października bieżącego roku.

We wtorek tysiące obywateli Hiszpanii wyszło na ulicę stolicy Katalonii, aby demonstrować w rocznicę tak zwanego „Referendum 1-O”.  Demonstranci chcący uznania niepodległości regionu przeszli ulicami kilku katalońskich miast w tym między innymi: Barcelony, Tarragony, Lleidy czy Girony.  Tegoroczna manifestacja odbyła się pod hasłami: „ani zapomnienia, ani przebaczenia” czy „ulice będą zawsze nasze”. W samej Barcelonie manifestacja nie znalazła tak dużego zainteresowania jak się spodziewano. Źródła podają, że w protestach mogło wziąć udział około 18 tysięcy uczestników. To tylko jedna dziesiąta tłumu, który protestował w ubiegłym roku. Demonstracje przebiegały w sposób pokojowy. W większości miast było spokojnie. Jedynym wyjątkiem była Girona, gdzie doszło do interwencji policji i kilku zatrzymań.

Rocznica była dobrym momentem dla Katalończyków popierających dążenia do niepodległości, aby zażądać uwolnienia polityków Generalitat, którzy przyczynili się do referendum. Wśród nich znajduje się były przewodniczący regionalnego rządu Carles Puigdemont. Władze hiszpańskie utrzymują jednak, że proces prowadzony przeciwko separatystom jest sprawiedliwy i niepolityczny. Katalończycy są jednak zdania, że twórcy referendum, są więźniami politycznymi. Wśród okrzyków manifestantów dało się również usłyszeć takie hasła jak: ”Uwolnić więźniów politycznych!”, „Puigdemont naszym prezydentem” czy „Naszym wyrokiem jest niepodległość”.

Referendum w sprawie niepodległości, które odbyło się 1 października 2017 roku pogrążyło Hiszpanię w największym kryzysie politycznym od dziesięcioleci. Chociaż rząd hiszpański od początku uznał je za nielegalne, a jego wynik nie miał wpływu na decyzje władz, skutki są widoczne po dzień dzisiejszy. Napięcia polityczne nadal dominują w polityce krajowej i lokalnej.

Obserwując ostatnie wydarzenia można jednak dojść do wniosku, że ruchy separatystyczne straciły napęd. Katalończycy znaleźli się między młotem a kowadłem. Z jednej strony mogą utrzymać twarde stanowisko dotyczące secesji i doprowadzić do kolejnego referendum, które może zakończyć się fiaskiem, albo starać się dojść do porozumienia z rządem Hiszpanii. Szacuje się, że spośród 7,5 miliona mieszkańców regionu, połowa Katalończyków opowiada się za odłączeniem, druga połowa wolałaby zostać częścią Hiszpanii.

Po 2017 roku relacje między Madrytem i Katalonią uległy znacznemu pogorszeniu. Rok temu, po zmianie rządu w Hiszpanii, podjęto próbę poprawy wzajemnych stosunków i nawiązania dialogu między premierem Pedro Sanchezem a przewodniczącym Generalitat Quimem Torrą. Wydarzenia ostatnich tygodni zaostrzają jednak stosunki na linii Madryt-Barcelona. Premier oznajmił we wtorek, że Madryt, że jest gotowy ponownie przejąć bezpośrednią kontrolę nad Katalonią, jeśli rząd regionalny złamie jakiekolwiek prawo.

– „Wzywamy kataloński ruch niepodległościowy, aby nie bawił się ogniem, nie popełnił najgorszego możliwego błędu, który polega na odwracaniu wzroku, w momencie którym pojawiają się oznaki przemocy, jak widzieliśmy niestety w ostatnich tygodniach” – powiedział Sanchez w wywiadzie.

Można więc wnioskować, że w najbliższym czasie stosunki między władzami lokalnymi w Katalonii a władzami centralnymi raczej się nie poprawią.