Czy referendum obroni mandat Macrona?

Grażyna Śleszyńska

Prezydent Francji Emmanuel Macron planuje zorganizować pierwsze od 14 lat referendum, które ma położyć kres protestom „żółtych kamizelek”. Według politologów, posunięcie to jest jednak ryzykowne.

foto: Protest „Ruchu Żółtych Kamizelek” przeciwko polityce Emmanuela Macrona

Macron odzyskał część utraconej w ostatnich tygodniach popularności, rzucając się w wir „wielkiej narodowej debaty”. Chodzi o cykl spotkań organizowanych w ratuszach miejskich jak Francja długa i szeroka, mających na celu powstrzymanie żółtej rewolty, która rozpoczęła się w listopadzie ubiegłego roku.

Prawdziwym testem dla 41-letniego prezydenta będzie to, co zrobi z przekazem i wnioskami płynącymi z tych setek rozmów prowadzonych w całym kraju. Sam Macron potwierdził, że rozważa rozpisanie referendum w sprawie niektórych żądań, jakie przewijają się w toku owych publicznych konsultacji. Referendum miałoby się odbyć wraz z wyborami do Parlamentu Europejskiego 26 maja 2019.

Charles de Gaulle, architekt konstytucji V Republiki i przy okazji bohater Macrona, widział w referendum istotne narzędzie systemu politycznego, w który władza koncentruje się w rękach prezydenta. Generał ugruntował swoją pozycję, wygrywając trzy referenda, lecz przegrał czwarte, gdy suweren powiedział „nie” dla reform regionalnej i senackiej w 1969 roku, co skłoniło go do ustąpienia z funkcji prezydenta. Następcy de Gaulle’a oszczędnie korzystali z instytucji referendum (w ciągu kolejnych 50 lat odbyło się tylko pięć referendów). W ostatnim z nich, w 2005 roku, Francuzi odrzucili konstytucję europejską.

Referendum byłoby punktem kulminacyjnym starań Macrona o zażegnanie najgorszego kryzysu jego 20-miesięcznej prezydentury. Protestujący we wsiach i małych miasteczkach zaczęli okupować uliczne ronda w połowie listopada. Ruch ten przerodził się w bunt przeciwko prezydentowi, a cotygodniowe wiece w Paryżu i innych miastach przeradzają się w bijatyki z siłami porządkowymi.

Aby ratować sytuację, w pierwszej kolejności Macron ogłosił pakiet cięć podatkowych o wartości 10 miliardów euro i dopłat socjalnych dla pracowników o niskich dochodach i emerytów. Następnie zainicjował „wielką narodową debatę”, obiecując, że doprowadzi to do prawdziwych zmian. Teraz przyszła kolej na referendum. Przedstawienie pewnych pomysłów może pomóc głowie państwa potwierdzić legitymację do rządzenia i odpowiedzieć na krytykę, że jest głuchy na troski zwykłych wyborców. Kluczowy wniosek płynący z popularności „żółtych kamizelek”, jest bowiem taki, że zwykli ludzie są zapomniani i ignorowani przez skompromitowane elity polityczne.

Niektórzy ministrowie i posłowie z partii Macrona obawiają się jednak, że przeprowadzenie referendum jednocześnie z wyborami europejskimi może negatywnie zaciążyć na kampanii wyborczej. Rzecz polega na tym, by odpowiednio wyważyć wszystkie czynniki i zadać pytania referendalne w taki sposób, aby nie zaszkodziły one kandydatom jego partii do Parlamentu Europejskiego, których przegrana byłaby jego osobistą klęską. Poza tym, nie wszyscy wyborcy podejdą do referendum merytorycznie i zamiast odpowiedzieć na pytania, dadzą upust niechęci do ekipy rządzącej. Tak oto referendum może zamienić się w plebiscyt „za” lub „przeciw” Macronowi. Aby zmitygować to ryzyko, prezydent rozważa przedstawienie w referendum propozycji, które cieszą się szerokim poparciem. Chociażby zmniejszenie liczby deputowanych do Zgromadzenia Narodowego oraz narzucenie limitu kadencji sprawowania mandatu parlamentarnego.

A co na to „żółte kamizelki”? Krok w dobrym kierunku – mówią, ale żądają więcej, w tym realizowania idei demokracji bezpośredniej, tak jak ma to miejsce w Szwajcarii, w kwestiach o znaczeniu krajowym. Macron, który bronił demokracji oddolnej podczas kampanii, nie chce pójść tak daleko: „Nie wierzę w przeprowadzanie referendów każdego dnia na każdy temat. Spójrzcie, co stało się w Wielkiej Brytanii” – powiedział na jednym ze spotkań w ramach wielkiej debaty narodowej, wskazując na Brexit jako przykład demagogii i spłycania złożonych problemów.