Brexit, akt I. Co wiemy pod koniec 2017 roku?


20.12.2017 – Wojciech Pawlus

W kończącym się 2017 roku rozpoczęła się niezwykła, bo bezprecedensowa procedura opuszczania przez Wielką Brytanię Unii Europejskiej [1]. W marcu premier Theresa May przedłożyła przewodniczącemu Rady Europejskiej Donaldowi Tuskowi list uruchamiający przez rząd brytyjski procedurę przewidzianą w artykule 50 traktatu lizbońskiego. Wtedy też ogłoszono, że Zjednoczone Królestwo ostatecznie opuści UE 29 marca 2019 roku po dwóch latach formalnych rokowań. Pomimo szumnych zapewnień ze strony Downing Street, że proces ten będzie prowadzony z największą starannością i z twardych pozycji negocjacyjnych, bardzo szybko okazało się, że to tylko myślenie życzeniowe. Negocjacje wielokrotnie utykały w martwym punkcie, zaś ostateczny kształt Brexitu nie jest wcale bardziej znany pod koniec roku, niż na jego początku. Jakie były więc najważniejsze wydarzenia negocjacji?

Gdy tylko ogłoszono nazwiska negocjatorów: Davida Davisa z ramienia rządu JKM oraz Michela Barniera reprezentującego UE, stało się jasne, że obie strony przygotowują się na trudne rozmowy. Davis był za czasów premiera Johna Majora (1990–1997), pomimo swoich eurosceptycznych poglądów, funkcjonariuszem odpowiedzialnym za dyscyplinę partyjną podczas głosowania na Traktatem z Maastricht. Później pełnił funkcję wiceministra ds. europejskich. Z kolei Barnier piastował podobny urząd w rządzie Francji w tym samym czasie i jest wieloletnim francuskim eurokratą wywodzącym się z gaullistowskiej tradycji politycznej. Zestawienie obu charakterów nie mogłoby być więc bardziej konfrontacyjne, biorąc pod uwagę jaką rolę Francja odegrała historycznie w sprzeciwie wobec wczesnej brytyjskiej akcesji do wspólnego europejskiego rynku. Jakby tego było mało, przygotowanie zespołów i pozycji politycznych obu panów znacząco utrudnił wielki polityczny gambit, jakiego podjęła się premier Theresa May. W kwietniu ogłosiła bowiem przedterminowe wybory, dając na kampanię jedynie 2 miesiące.

Założenie May było proste: Konserwatyści prowadzą w sondażach, mają małą przewagę w parlamencie, zaś następne konstytucyjne wybory przypadną na fatalny okres tuż po Brexicie. Trzeba było coś z tym zrobić – przesunąć datę wyborów na bezpieczniejszy termin i skapitalizować poparcie tak, by Konserwatyści mogli spokojnie przegłosowywać ustawy związane z Brexitem bez ryzyka rebelii grupy proeuropejskich posłów. Niestety plan ten okazał się strzałem z granatnika w stopę. Krótka kampania obnażyła słabości Partii Konserwatywnej na polu polityki wewnętrznej, co przełożyło się na spadek poparcia w niektórych okręgach Anglii na rzecz Partii Pracy oraz utratą większości w Izbie Gmin. Autorytet May został poważnie nadszarpnięty, pojawiły się nawet głosy o zmianie na fotelu szefa rządu. Sytuację musiało ratować porozumienie ze skrajnie konserwatywną północnoirlandzką Partią Demokratycznych Unionistów (DUP), która dostarczyła torysom brakujących dziesięciu posłów, pozostając jednak niestabilnym partnerem poza formalną koalicją. Jedynym pozytywnym dla May skutkiem wyborów był wyraźny spadek poparcia dla Szkockiej Partii Narodowej (SNP) forsującej niepodległość Szkocji na kanwie sprzeciwu wobec opuszczenia UE.

W takiej atmosferze Brytyjczycy zasiedli do rozmów z UE 19 czerwca. Natrafili na silny opór wobec własnych postulatów, co właściwie zatrzymało cały proces przez następny, wakacyjny kwartał. Główną osią sporu okazała się kolejność rozmów. UE chciała najpierw ustalić kwestie kluczowe związane z „rozwodem”, a dopiero później zacząć rozmowy o przyszłym porozumieniu handlowo-politycznym. Z kolei Wielka Brytania chciała o wszystkich kwestiach rozmawiać równolegle, musiała jednak ulec by rozmowy ruszyły naprzód. Do uzgodnienia wyznaczono następujące kwestie: uregulowanie długoletnich zobowiązań finansowych Zjednoczonego Królestwa jako członka UE, prawa obywateli UE w Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków w UE oraz kwestię lądowej granicy na wyspie Irlandia. Choć jeszcze w pierwszym kwartale 2017 roku Theresa May zapowiadała, że Zjednoczone Królestwo będzie podążało w stronę całkowitego zerwania więzów instytucjonalnych ze wspólnym rynkiem UE, teraz widać, że to praktycznie niemożliwe. Londyn zgodził się w pełni uhonorować swoje wpłaty do budżetu UE na koniec 2020 roku, tak jakby dalej był stolicą Państwa członkowskiego. Z kolei w kwestiach praw obywateli, w obydwu przypadkach będą musieli oni jedynie przejść prostą procedurę rejestracji pobytu stałego.

Powodem dla którego przed grudniowym szczytem UE prowadzone były między premier May, a szefem Komisji Europejskiej Junckerem „rozmowy ostatniej szansy” okazała się Irlandia. Premier Irlandii Leo Varadkar żądał zapewnień, że na wyspie nie powstanie uzbrojona granica z przejściami drogowymi, a także, że utrzymany zostanie proces pokojowy na Północy, oparty o członkostwo obu krajów w Unii. Z kolei DUP zadeklarowało, że nie poprze żadnego układu, który wprowadzi kontrole graniczne między Irlandią Północną, a resztą Zjednoczonego Królestwa. Eksperci i urzędnicy z Londynu podkreślali, że w obliczu stanowiska DUP i innych okoliczności obie opcje są właściwie nie do zrealizowania.

Ostatecznie w porozumieniu z 8 grudnia obie strony zgadzają się, że „twardej granicy w Irlandii nie będzie, a proces pokojowy zostanie utrzymany”. Płytkość tego dokumentu uwypukla także początkowe, bardzo brytyjskie oświadczenie, że „nic nie jest ustalone, dopóki wszystko nie jest ustalone”. Na dodatek w przededniu porozumienia Izba Gmin zapewniła sobie (głosami wyłamujących się torysów) prawo do zagłosowania nad ostatecznym porozumieniem w sprawie Brexitu. Ostatni pełny rok Wielkiej Brytanii w UE pozostaje więc rokiem niepewności. Nie wiadomo czy grudniowe porozumienia pozostaną, z przyczyn praktycznych, w mocy. Nie wiadomo też, czy nie będzie jednak próby zakwestionowania Brexitu. Dotychczas bowiem twarde, dumne deklaracje o trzymaniu się raz obranego kursu nie znajdowały pokrycia w rzeczywistości. Można się tylko zgodzić za eurosceptycznymi komentatorami, że w pierwszym akcie Brexitu rząd May skapitulował właściwie w każdej sprawie i zgodził się, w imię dobrosąsiedzkich stosunków, na wszystkie żądania Unii. A to sprawia, że upiór twardego Brexitu nie unosi się we mgle, tylko w wacie cukrowej. Z kolei jego zwiastunka, „nowa żelazna dama” Theresa May, ukuta jest chyba z kruszcu trzeciej jakości.

 

 

 

Więcej na:
http://www.bbc.com/news/uk-politics-32810887
https://www.theguardian.com/politics/ng-interactive/2017/jul/20/where-are-we-up-to-in-these-brexit-talks
http://www.telegraph.co.uk/news/2017/12/08/brexit-divorce-deal-agreement-full-read-report-published-phase/

[1] W latach 80-tych wspólnoty europejskie opuściła Grenlandia. Jest jednak terytorium zależnym członka UE, Danii.